Termin: 06-13.05.2016
Jednostka: katamaran Lagoon 400 S2 z roku 2015 s/y Myrto
Ilość uczestników: 10 osób
Trasa: Ateny – Lavrion – Merichas – Loutra – Poros – Methana – Ateny

Wycieczka naszego życia – czyli z dziennika pokładowego!

Przygoda naszego życia, tak naprawdę, miała swój początek we wrześniu 2015 r.. BOK (czytaj Biuro Obsługi Klienta), który przygotowywał wigilię zakładową ogłosił konkurs. Nikt nie wiedział na co. Poszukiwali chętnych do wzięcia udziału w pewnym projekcie. Najlepiej gdyby zapisały się całe zmiany. Większość pracowników zapisała się, nie wiedzieć do czego. Wkrótce ogłoszono składy drużyn (10.10.2015), nasza była nr 6: Marzena Hallmann, Małgorzata Nowakowska, Monika Miszka, Iwona Wolska, Beata Lorbiecka, Sonia Richert, Justyna Piekut-Richert, Grzegorz Krausa. No i oczywiście napisano, co to ma być!!! Dowolna interpretacja „Opowieści Wigilijnej” Dickensa. Szczęka opadła do pasa. Toż to szok. Aby nie było nam za łatwo, przedstawiono regulamin. Nie był za bardzo skomplikowany, wyszczególniono kryteria i punktację. Jedno bardzo ważne, osoba z drużyny, która rezygnuje, poddaje tym samym całą ekipę. Gdybym chciała odejść, mój skład nie mógłby brać udziału. Zdyskwalifikowałabym ich. Oczywiście wszyscy podjęliśmy wyzwanie. Każda drużyna dostała swojego opiekuna (po długim czasie się o tym dowiedzieliśmy), naszym była Swietłana Kozak. Była dla nas do pomocy. No i zostawmy to bez dalszych wyjaśnień.

Trzeba było zrobić zebranie, to zorganizowała je Marzena u Małgosi w domu. U mnie nie można było ćwiczyć, bo tam próby organizował mój osobisty mąż ze swoją ekipą. Pierwsze spotkanie było organizacyjne, nie pamiętam którego, brak zdjęć.

Na drugim spotkaniu była burza mózgów i na skutek nadużywania wody ognistej zdecydowaliśmy o zagraniu scen w burdelu, czyli przemiana burdel ojca w szanującego się obywatela. Do piosenki z filmu 9 i pół tygodnia, Joe Cockera. Bardzo spokojnie zapowiadające się spotkanie zakończyło się ogólnym pijaństwem. Zaczęło się niewinnie, od czerwonego wina, a skończyło na Edwardzie, po drodze z Jackiem Danielsem. Pusta butelka posłużyła za rekwizyt do spektaklu. No dobra, tak całkiem pijani nie byliśmy, bo z grubsza wybraliśmy muzykę do przedstawienia.

Na trzecie zebranie przyniosłam dwa scenariusze, jeden o przemianie złego kierownika w dobrego, drugi dotyczył alkoholika-sportowca. Na czwartym spotkaniu Małgosia miała przygotowane teksty do scenariusza drugiego. I tu należy go przedstawić – ten scenariusz rzecz jasna.

Scenariusz Opowieści Wigilijnej

Obsada:

Zdzichu – sławny sportowiec, który stoczył się na dno – w tej roli Grzegorz; ubrany w perukę afro i koszulę w kratkę, boso, pod spodem krótkie spodenki i szlafrok,

barmanka – w tej roli Sonia; ubrana dowolnie,

duch 1 – Justyna; ubrana w pelerynę i maskę Vadera, miecz świetlny,

duch 2 – Monika; strój pielęgniarki,

duch 3 – Małgosia; ubrana w strój do ćwiczeń (leginsy, bluza, adidasy), opaska jak Rambo,

spikerka dziennika – Iwona; ubrana normalnie, biała bluzka, czarne spodnie,

techniczni – Marzena, Beata, potem Iwona,

Każdy z nas pod ubraniem scenicznym ma na sobie koszulki z napisem Wesołych Świąt.

Rekwizyty:

bar – atrapa kartonowa – na nim szklanka, pilot, ścierka,

telewizor – rama z kartonu, musi być przymocowana do parawanu, kartonik do zasłonięcia,

pilot – leży na barze,

parawan – na nim napis „Bar pod alkomatem”,

mała choinka, łańcuchy – ubieramy przy kolędzie,

stolik zielony – najpierw jest w barze, potem, jako stół wigilijny,

krzesło dla Zdzicha,

ścierka,

szklanka,

flaszka – butelka Jacka Danielsa z herbatą,

pojemnik z tabletkami 2KC,

piersiówka,

koszulki z napisem Wesołych Świąt,

butelka wody mineralnej,

hantle,

opakowanie Polipack typ XI 600ml z napisem trec,

koszula dla Zdzicha,

peruka dla Zdzicha,

maska Vadera,

peleryna dla Vadera,

strój pielęgniarki,

telefon z muzyką + kolumny,

miecz świetlny,

biały obrus,

talerzyki, świeca, filiżanki,

opłatek,

inne akcesoria świąteczne.

Miejsce akcji: Bar pod Alkomatem, barmanka czyści szklanki, bierze do ręki pilota i włącza telewizor.

Sygnał dziennika telewizyjnego (takiego sprzed lat), pojawia się prowadzący dziennik.

Prowadzący (miłym, spokojnym głosem)– „Witam Państwa w ten wigilijny wieczór. Dzisiaj wydanie specjalne, a w nim historia przemiany znanego sportowca Zdzisława B., z degenerata, pijaka i abnegata w szlachetnego, szczodrego propagatora sportu i właściwego odżywiania. Zapraszam na reportaż.”

Prowadzący zasłania telewizor. W tym momencie do baru wchodzi Zdzich.

Zdzichu (śpiewa) – „Będzie, będzie zabawa, będzie się działo. I znowu nocy, nocy będzie mało.”

Barmanka (mówi z wrogością) – „I znowu ty, pijaku!? Najtańsze drinki już się skończyły. Fabryka denaturatu splajtowała.”

Zdzichu (wyraźnie skacowanym głosem) – „Kopsnij coś na zeszyt, bejbe!”

Barmanka (nadal wrogo nastawiona) – „Tylko nie bejbe. Weź się wreszcie ogarnij. Życie na delirce jest nie do wytrzymania, wkrótce się o tym przekonasz”.

Zdzichu (macha ręką) – „Nie chce mi się z tobą gadać.”

Scena 1

Muzyka – marsz imperialny z Gwiezdnych Wojen. Wchodzi pierwszy duch (maska Vadera, peleryna, miecz świetlny i butelka wody mineralnej). Duch śpiewa.

Święta idą. Są już, tuż, tuż.

Więc oddaj flaszkę i zmień się już.

Ja tu porządek zrobię w mig.

By z twej podłej twarzy zły uśmiech znikł.”

Zdzichu z politowaniem patrzy na Ducha, ściska swoją butelkę, chodzi w kółko za Duchem i mówi: „Czarny koń, Ty! Niezły Pavarotti jesteś,” a następnie odśpiewuje: „Wódko ma, wódko ma, wódko ma. Któż bez ciebie sobie w życiu radę da”.

Duch niezrażony zachowaniem Zdzicha zabiera mu flaszkę i daje wodę mineralną.

Scena 2

Muzyka – z filmu Ghostbusters. Wchodzi drugi duch (strój pielęgniarki, tabletki 2KC). Duch śpiewa.

Ciągle pić się chce.

Lecz uleczę Cię.

Zobacz, co tu mam.

2 KC!!

Wiadro lekarstw mam.

Włożę je i tu i tam.

To uzdrowi Cię.

2KC!!”

Zdzichu puka się w czoło, wyciąga piersiówkę i śpiewa.

Bujaj się, bujaj się i nie wkurzaj więcej mnie”

Chwila zastanowienia i mówi: „No dobra, popróbujmy tego specyfiku. Co mi pozostało?

Bierze 2KC i rozpuszcza w wodzie, pije. Duch zabiera piersiówkę.

Scena 3

Muzyka z filmu Rocky “Eye Of The Tiger”. Wchodzi trzeci duch (strój do ćwiczeń, hantle, opakowanie Polipack typ XI 600 z napisem trec). Oczywiście śpiewa. Zdzichu ze zdumienia otwiera usta.

Zamiast pić, zacznij żyć

I boks ćwicz

Święta są, rybkę zjedz

Zacznij biec

Klatę masz jak miękka marmolada

Co na piernik się nie nada

Wciągnij dres i na pilates bież

Bo twa forma ciągle spada

Hantle bierz i zacznij dziś ćwiczyć

Na przyjaciół możesz liczyć

Święta to jest dobry czas na zmiany

Wciągnij brzuch i zaraz zaczynamy

Bądź jak tiger!”

Zdzich ściąga spodnie (pod spodem ma spodenki gimnastyczne), zrzuca koszulę (pod spodem ma szlafrok boksera) i zaczyna ćwiczyć i tańczyć z duchami. Tu przedstawiamy nasz układ choreograficzny.

Potem finał, kolęda i ukłony.

Jest taki dzień, gdy u Zdzicha jest rodzina

Za oknem śnieg i na stole nie ma wina

Jest taki dzień, gdy się miłość łączy z nami

To wielka moc, tak jak barszczyk z pierogami

Ref.:

Śledź się moczy, mak uciera

Karp w zdumieniu pysk otwiera

Tam choinka się ubiera

Zdzich opłatkiem się wymienia

Jest taki dzień, bardzo ciepły, choć grudniowy
Dzień, zwykły dzień, w którym gasną wszelkie spory
Jest taki dzień, gdy jesteśmy wszyscy razem
Dzień, piękny dzień dziś nam rok go składa w darze
Ref.:
Niebo ziemi, niebu ziemia
Wszyscy wszystkim ślą życzenia
Drzewa ptakom, ptaki drzewom
Tchnienie wiatru płatkom śniegu.” 


W „praniu” teksty Zdzicha, to była jedna wielka improwizacja. No to zaczynamy próby.

Jest śmiesznie i dramatycznie. Ja wiem, że to się wzajemnie wyklucza, ale tak było. Monika była spięta, Grzegorz też. Aaaa, my wszyscy również zestresowani. W pierwszej wersji miałam być spikerką, a Iwona Lordem Vaderem, ale stwierdziliśmy, że nie zawsze może wziąć udział w próbach i nie nauczy się układu choreograficznego. Zamieniłam role (ku mojej rozpaczy, ale o tym dowiem się w dniu premiery). Próba z rekwizytami, o bogowie, ale się działo.

Peleryna już się szyła i okazała się dla mnie za długa. Trudno, dam radę.

Oto Sonia, ubrana jak gwiazda filmowa, no bo potem idzie na imprezę. Młodość ma swoje prawa. Nasze zebrania miały różny przebieg. Generalnie wydaje mi się, że więcej gadaliśmy niż próbowaliśmy. Może geniusze tak mają. Próby trwały po parę godzin, nie dwie, jak w przypadku ekipy Waldemara (bywałam w domu podczas ich prób). My spotykaliśmy się po parę godzin. Najdłuższa (pijacka) trwała 8 godzin, ha, ha. Z niej wyniknął właśnie burdel, pozostałe nasze próby trwały max 4 godziny.

Przedstawiam Państwu Lorda Vadera we własnej osobie. To kolejna nasza próba, kostiumowa, z niej nagrany jest filmik. Do pokazania na życzenie.

Peleryna uszyta przez Iwony krawcową, maska moja i miecz zrobiony z latarki + pecefałka – wykonanie Waldka (mojego męża). Robi wrażenie i Vader i miecz.

Znam Gwiezdne Wojny przynajmniej od 20 lat i nigdy, w najśmielszych marzeniach, nie wyobraziłabym sobie, że zagram, gdzieś kiedyś, Lorda Vadera. A to jest mój ulubiony bohater. Muzyka , gdy występuje jest moją ulubioną, dlatego chciałam, aby wystapili w naszym spektaklu – Vader i muzyka.

Kolejna nasza muza była wyborem wspólnym, przedyskutowanym wcześniej.

Ghostbusters i Rocky “Eye Of The Tiger”Dobry wybór, jak się później okaże.

W sumie tych naszych prób było 9 sztuk, nie wszystkie zarejestrowane. Ale było fajnie.

Ćwiczyliśmy, dobrze się bawiliśmy i próby się skończyły. Przyszedł czas premiery.

Poniedziałek, 21.12.2015 – Zakładowa Wigilia i dzień urodzin mojego syna Aleksandra. Jego urodziny wyprawiałam w niedzielę (15 -ste zresztą). Szczęśliwy dzień.

Występujemy jako drudzy, nie obejrzymy więc całej męskiej drużyny (nazwijmy ich w skrócie magazynierzy) i może nie obejrzymy drużyny nr 3 – Angelika + część zmiany Benii. Ja nie widziałam, Małgosia tak, ponoć świetne.

W ogóle, magia świąt naszych wigilijnych jest bezcenna. Przychodzimy prawie wszyscy (niestety są pewne wyjątki, te o zobowiązujących nazwiskach nawet). Odświętne ubranie obowiązkowe, chociaż nie ma takiego nakazu. Jest naprawdę świątecznie i uroczyście. Jak w domu. Ksiądz czyta ewangelię.

Ale do rzeczy. Show must go on. Przedstawienie czas zacząć.

Jak już wspomniałam, jako pierwsi wystąpili magazynierzy.

Cała męska drużyna pod dowództwem Adama. Niestety nie miałam możliwości obejrzenia ich interpretacji, przygotowywałam się ze swoją drużyną do występu. Edek w roli Scrooge’a podobno niesamowity. Reszta też kapitalna. Mają szansę? To się wkrótce okaże.

Życzymy im wszystkiego najlepszego. Tak naprawdę wszystkim drużynom kibicujemy.

Parę słów o jury. Trzy osobowa ekipa – Iza Kolmetz (finalistka konkursu Odyseja Umysłu), Dorota Sychowska (polonistka i wicedyrektor gimnazjum w Bolszewie) i Maja Falkowska (nauczycielka z gimnazjum w Bolszewie i opiekun kółka teatralnego). Regulamin był jasny. Do zdobycia max 150 punktów za, między innymi, grę aktorską, miejsce akcji, postaci duchów i ich moce. Można też było dostać punkty karne, za np. pomoc z zewnątrz. Nikt nie dostał, bo nie korzystał.

Jako drudzy wystąpiliśmy my. Masakra, nic nie pamiętam, chyba tylko to, że sprzęt zaszwankował i nie chciał głośno grać i Marzena była w panice. Ja stałam jak sparaliżowana. Ale w końcu ruszyło. Swojego występu też kompletnie nie pamiętam, chyba zapomniałam tekstu i jeszcze za parawanem cała się trzęsłam. Monika była zaskoczona moim stresem. Na pewno za nisko zaczęłam śpiewać i to prawdopodobnie spowodowało moje zdenerwowanie. Monice i Małgosi (oscarowa rola) poszło świetnie, a Grzegorz był rewelacyjny. Jego przemiana była widoczna. Najpierw ściągał perukę, potem gacie. Zapomniał o krótkich spodenkach, ale to nie miało znaczenia. Do piosenki duchów tańczył, a właściwie boksował. W końcu sztuka była o przemianie pijaka w sportowca. Dobry mieliśmy pomysł.

Kolęda finałowa nie wyszła, tak jak na próbach. Zapomniałyśmy bombkami ustroić choinkę, dobrze, że łańcuchy były. Świeczki nikt nie zapalił. Tekst się mylił. Na szczęście Grzegorz po przemianie był cudowny. Niezły z niego aktor, chyba minął się z powołaniem. Generalnie do bani. Ze sceny zeszłam załamana, głównie sobą. Ale…. „co ma być, to będzie, uuuu”.

Dobrze, że to już za nami. Chyba bym zemdlała, gdybyśmy grali na końcu. Mam nadzieję, że nie każą nam występować jeszcze gdzieś, kiedyś. Nie dam rady.

Trzecia drużyna, to ekipa Angeliki. Fantastyczne kostiumy i rekwizyty. Liczydło i teczka wypożyczona ze szkoły (miały po 100 lat). Nakręcili też filmik o młodości i teraźniejszości Scrooge’a i przyszłości, czyli o jego śmierci. Na żywo nie widziałam przedstawienia, dzień później Angelika mi pokazała film z prób. Bardzo mi się podobało.

Kolejni, to grupa Waldemara. Dużo ćwiczyli, to wiem, bo robili to w moim domu. Skromna dekoracja, ale pomysłowe przebranie duchów. Muzyka niezła i super gra aktorska. Trochę słabo było słychać narratora. Za to mieli efekty świetlne i dymowe. My też chcieliśmy mieć dym, ale w końcu zrezygnowaliśmy i właściwie dobrze, niepotrzebny wydatek, który nie wnosił nic do punktacji.

Za tę ekipę szczególnie trzymałam kciuki, tam w końcu był mój osobisty mąż. Mógłby wygrać, chociaż, z drugiej strony patrząc, wygrał ostatnio na pikniku pobyt w Primavera SPA w Jastrzębiej Górze. To może teraz czas na mnie? Chociaż ja z tego SPA też skorzystałam, bo to był wyjazd dla całej rodziny  No cóż, pożyjemy, zobaczymy. Przed nami następne drużyny.

Występ działu zdobienia był świetny. Na pewno zasługuje na wygraną. Nawiązywał do pracy, do złego szefa. Taki nasz pierwszy scenariusz. Dobrze, że go nie wybraliśmy, ale to oni mieliby gorzej. My już wystąpiliśmy. Podobał mi się pomysł na parawan, no i stroje ciekawe. Peruka z nakrętkami. Peleryna w dolary. Postarali się. Czuję oddech zagrożenia na szyi. Patrząc na regulamin nie spełnili wszystkich punktów. Duchy były słabej mocy. Nie wygrają, nie mogą.

Zwycięzca jest tylko jeden! My, oczywiście  .

Kolejni – księgowość. Ciekawy scenariusz. Jak na razie nic się nie powtarza. Co występ, to różne interpretacje. Przyjemnie popatrzeć. Układ taneczny super, kostiumy też. Niczego sobie przemiana.

Tym jednak nie wróżę wygranej, chociaż życzę im wszystkiego najlepszego. Nie mają szans z jednej prostej przyczyny. Duchy nie zaśpiewały. A czwarty punkt regulaminu wyraźnie mówi o zaśpiewaniu piosenki przez duchy.

Szkoda.

Ostatni występują KJ-oty, co nie oznacza, że będą pierwszymi. Oj, nie. Cóż można powiedzieć o ich występie, aby nikogo nie urazić. Średnio mi się podobało, trochę zakpili sobie, i z nas i przede wszystkim z siebie. Gdyby nie Bogusia, to by była całkowita klapa. Uratowała występ, ale to raczej za mało. Zawsze ktoś musi zająć ostatnie miejsce. Czego im nie wróżę. Nie ma co ukrywać, było słabo.

Wszystkie występy za nami. Emocje rosną. Nie mam nadziei na wygraną, zwłaszcza, że mój występ nie był za bardzo udany, ale jakaś iskierka gdzieś tam się tli. W oczekiwaniu na wyrok raczę się winkiem.

W końcu wchodzi jury. Między pierwszym, a siódmym miejscem różnica w punktach wynosi 20. To, zdaniem Izy, bardzo mało. Ona się zna, my niekoniecznie. Ogłaszają.

Miejsce 7 – KJ. Ufff, głupio by było mieć ostatnie miejsce. Jednak im wywróżyłam.

Miejsce 6 – magazynierzy. Nie widziałam ich, ale w kuluarach mówiono, że świetni i mają wielką szansę. Coś nie zagrało.

Miejsce 5 – Waldemar i reszta świata. Byli lepsi od księgowości, gdzie tu sprawiedliwość. A nas ciągle nie ma. Krzesła już odsunięte. Kto teraz?

Miejsce 4 – księgowość. Kurcze pieczone. Jeszcze nie my. Co się dzieje? Czyżby wszystkie wcześniejsze znaki w postaci piosenek w radio, reklam miały zaowocować zwycięstwem? Ciiii, nie zapeszajmy. W razie czego będziemy na podium.

Miejsce 3 – Angelika. Mój faworyt. Patrzymy na siebie z niedowierzaniem – Beata i ja.

Emocje sięgają zenitu. Zostało zdobienie i my. Wywołują obie drużyny na środek. Jestem oszołomiona, nie spodziewałam się, że dojdziemy tak daleko. Małgosia zauważa, że Iza zaczęła wręczać komuś z nas kopertę. Szkoda, przegraliśmy, to pewnie nagrody pocieszenia. Ale zaraz szefowa ją stopuje i ogłasza, że pierwsze miejsce zajęła drużyna nr 6, drużyna Swietłany Kozak. Co??!! To my!! Radości nie było końca, gratulacjom też. Popłakałam się ze szczęścia. Coś tam mówiły dziewczyny o czerwonej, na szczęście, podwiązce, ale dokładnie nie słyszałam, taka byłam podekscytowana.

Miejsce 2 – dział zdobienia. Wielcy przegrani. Szkoda mi ich, bo byli naprawdę świetni.

Miejsce 1 – Małgosia i spółka. Wygrani!!!, a w nagrodę …. pojedziemy na 7 dni do Grecji, na żagle. Huuuuuuura!!! W kopertach był kalendarz na 2016 „Najachty.pl”. Taka mała zmyłka. Najbardziej szalała Małgosia i oczywiście zaśpiewaliśmy naszą piosenkę „co ma być, to będzie, uuuu”. W prezencie dostaliśmy również koszyk pełen niespodzianek. Wszystkie drużyny dostały takie kosze.

Po wielkiej wygranej wybraliśmy się na chwilę do Małgosi, aby uczcić sukces. Nie dane nam było imprezować, bo rano niektórzy z nas szli do pracy. Umówiliśmy się na 29.12.15.

29.12.2015 – i oto ta impra roku – balowaliśmy do późnego wieczora przy suto zastawionym stole. Analizowaliśmy nasz występ. Wniosek był jeden, po prostu spełniliśmy wszystkie kryteria. Duchy śpiewały i tańczyły, była wyraźna przemiana z pijaka w sportowca. I co tu dużo mówić – wygraliśmy, bo tak miało być. Byliśmy najlepsi.

Podzieliliśmy nasz koszyk. Parę rzeczy zabierzemy do Grecji. Szampan może nie wytrzymać, na jego wypicie umawiamy się w maju.

Karkówka w wykonaniu Moniki mamy, co tu dużo się rozwodzić – zajebista. Sałatka z gyrosa Gosi również. Najlepszy chleb z przepisu Soni w wykonaniu Małgosi – po prostu Poezja, przez duże P. Grzegorz zaopatrzył nas w alkohol, ja w zakąski typu ogóreczki, grzybki, papryka. Było też ciasto, kabanosy, patera z wędliną. Lody – tych nie daliśmy rady zjeść. Jedno wielkie obżarstwo. A potem zdziwko, że waga szaleje. Czas zdradzić tajemnicę czerwonej podwiązki – w dzień premiery, gdy Gosia robiła zakupy, pewna pani dała jej w prezencie czerwoną podwiązkę, na szczęście. Tak po prostu jej dała. Przyniosła to szczęście w postaci wygranej!!!!!!!!!!!!!!  I jak tu nie wierzyć w zabobony?

Zwycięska drużyna prawie w komplecie. Niestety Panie z Kościerzyny nie mogły do nas dojechać. Szkoda, bo kolejny raz dobrze się bawiliśmy. Tym razem bez próby, oj, będzie mi tego brakowało. Przyzwyczaiłam się. W komplecie będziemy na jachcie. A tam czeka nas niezwykła przygoda, kto myśli, że tylko będziemy się opalać, jest w błędzie. Czeka nas zdobywanie nowych umiejętności, uprawianie żeglarstwa, przez duże „Ż”. Trzeba opanować terminologię, poćwiczyć węzły i zrobić odpowiednie zakupy. Nabrać kondycji, bo jak przyjdzie sztorm, to będziemy walczyć.

Tymczasem zabawa trwa, a ciąg dalszy nastąpi w …………… maju. A że czas szybko płynie….. i ciągle nie mogę w to uwierzyć ????

21.04.2016

Bilety na Pendolino zarezerwowane. Z pomocą Darii. Trzeba jakoś dojechać na lotnisko. Wysiadka Warszawa Centralna, tam ma czekać kapitan. Dowiezie nas busem do Modlina. Stamtąd startujemy do Aten.

Jeszcze muszę zrobić odprawę samolotową na powrót, ale to 28 kwietnia.

To już prawie maj, czas przyspieszył, a ja z potrzebnych rzeczy mam tylko latarkę. Czas na zakupy.

16.05.2016

Odprawa na powrót gotowa, a zakupy nadal nie zrobione. Do soboty jeszcze 5 dni. Zdążę. W międzyczasie dzwonił też do mnie p. Arek Malicki. Popołudniu byłam u Małgosi, aby się zapakować. Mamy wspólną walizkę. W osiem osób musimy się zapakować w 4 walizy + bagaż podręczny. Trochę jestem nerwowa jak nam pójdzie. Nikt z nas nigdy nie brał udziału w rejsie. Boję się i jednocześnie nie mogę się doczekać.

21.05.2016 – 1 dzień rejsu

I oto nadszedł ten wielki dzień. Pięć miesięcy zleciało, nawet nie wiem kiedy. Spod domu wyjeżdżamy około 10.00. Po drodze zabieramy Sonię, Małgosię i Grzesia. Ostatnie uściski z mężem. Stasiu będzie tęsknił, albo i nie. Widzę na jego twarzy ten szatański uśmieszek. Chata wolna, oj będzie bal. Mój też się umawiał na imprezkę.

Czas upływa w rozgadanej atmosferze. Mocno się zastanawiamy co nas czeka, ale…. „Co ma być to będzie, uuu.” Obejrzałam na stronie „najachty.pl” relacje z wypraw. Wyglądało obiecująco i zachęcająco. Zahaczyłam też okiem o kapitana. No, niezłe ciacho.

Z resztą załogi umawiamy się na dworcu pod Mc Donaldem. Bardzo znane i charakterystyczne miejsce. Nie można go przeoczyć. I w tym miejscu mają frytki, moja jedyna „śmieciowa” słabość, do której rzadko się przyznaję.

Jest 10.50. Przemieszczamy się na peron nr 4 (dobrze, że nie 9 i ¾) skąd wypasionym pociągiem Pendolino udamy się do stolicy.

Dzwoni szefowa z życzeniami dobrej zabawy. Zamierzamy się dobrze bawić, sfochowane istoty będziemy wyrzucać za burtę.

Jestem rozczarowana tym całym pierdolino, to ma być ten luksus? Jest, co prawda, w miarę wygodnie, stoliczek, podłączenie do prądu i napój w cenie. Szybkość jednak nie powala na kolana. Nie ma to jak shinkansen, japońska sieć linii kolejowych, których maksymalne prędkości dochodzą do 405 km/h. To nasze cudo chyba połowy tego nie osiągnęło.

Tymczasem Marzena z Małgosią czytają, Sonia z Grzesiem oglądają Jasia Fasolę, Monia krajobrazy, przy takiej prędkości nie rozmazują się za oknem. Beata pogrążyła się w cichej rozmowie z Iwoną. Ja piszę i dzwonię do p. Arka (ale facet ma głos). Zmierza ku nam z drugiej strony Polski. W połowie drogi czujemy takie podekscytowanie, że załącza się głupawka. Marzena do Moniki: „będziesz pierwsza za burtą, najpierw popatrzę jak się męczysz, a potem rzucę Ci kapok”. Nikt już nie czyta, pisze, po prostu rozmawiamy. Kontrola biletów za nami. Zbliżamy się do końca I etapu naszej podróży. Warszawa Centralna, wysiadamy.

Teraz na parking, ale gdzie on jest? Do wyjścia na lewo, a my w prawo. Zabłądzić na dworcu w wielkim mieście, to tylko Polipack potrafi. Szybko się orientujemy, że coś nie tak i już właściwymi torami zmierzamy na poszukiwania naszego kapitana i jego busa.

Ktoś się pytał czy będzie czas zobaczyć Pałac Kultury i Nauki. Jest – pałac przed nami w pełnej okazałości. Jest też Arek. Pakujemy się do auta i jazda na lotnisko. Mamy sporo czasu, więc na stacji benzynowej robimy przerwę na kawkę, papieroska. Sprawdzamy też wagi naszych walizek.

Kapitan zdziwiony, że mamy tak mało bagażu i że dwie osoby pakowały się w jedną torbę. Wykupione bagaże mieliśmy dla każdego do 15kg. Ciekawe kto namieszał. Dostajemy białe koszulki z napisem „Najachty.pl” i biało-czerwoną flagą. Modlin czeka. Port powstał na bazie istniejącego wcześniej lotniska wojskowego. Jego modernizację rozpoczęto w 2010 r., w lipcu 2012 wystartowały pierwsze samoloty, a w grudniu je … zamknięto. Powodem były pęknięcia pasa i dziury zagrażające bezpieczeństwu lotów. W czerwcu 2013 wznowiono starty i lądowania. Dobrze, że o tym nie wiedziałam, bo chyba bym nie wsiadła na pokład Boeinga 737-800 linii Ryanair.

Jest 17.00, bagaż nadany. Trochę lżej. Jemy lekki obiad w mini restauracji na pięterku, danie dnia, stek z polędwicy wołowej – 77 zł. My zupkę ze szparagów i dyni. Bardzo dobra.

Teraz odprawa i na pokład.

Boeinga 737-800 linii Ryanair – wąskokadłubowy samolot pasażerski średniego zasięgu. Produkowany jest od 1967 przez firmę Boeing w USA. Układ siedzeń: dwa rzędy po 3 siedzenia. Może zabrać na pokład od 162 do 189 osób. Osiąga pułap do około 12500 m, prędkość do 840 km/h oraz zasięg do lądowania do 5420 km. Rozpiętość skrzydeł 34 m, zużycie paliwa 2.5 t/h. I ja mówię, że nasz samochód dużo pali?

Do listopada 2013 katastrofom uległo 161 samolotów typu Boeing 737, w których łącznie zginęło 4044 osób. To nawet nie całe Gościcino.

Co ja się stresuję i tak wszyscy zginął i tak. Najwyżej wylądujemy na pasku w TVN 24. Czekam na start i już mam wizje, poskręcany metal, palące się szczątki wraka, rozczłonkowani turyści. Jedna ręka tu, druga tam. Otwarte oczy, w których widać strach, usta ułożone w wyraz „nieeee”.

Porozrzucane otwarte walizki. Ubrania latają jak latawce. Brrrrrr.

Na zdjęciu nie widać moich czarnych myśli. Dziewczyny też dobrze się bawią, wszystkie trzy lecą po raz pierwszy i nie wiedzą co ich czeka. Startujemy z pięciominutowym opóźnieniem. Najpierw pokaz bezpieczeństwa: pasy, kamizelki, maski. A gdzie woreczki do zwrotów z żołądka? Iwona w jeszcze większym stresie niż ja. Zbladła przy starcie, ale przynajmniej miała pod ręką Grzesia, a ja siedziałam samotna i opuszczona. Miejsce 12 D, dobrze, że nie przy oknie. Szybciej będę uciekać. Oczywiście popłakałam się przy starcie i gdy samolot osiągnął właściwy pułap mogłam otworzyć oczy i poczytać. Wizje mnie opuściły. No prawie, jeszcze lądowanie.

Dwie godziny lotu przed nami. Nieciekawe stewardesy wjechały z podniebną sprzedażą perfum, alkoholu i czego tam chcesz. Nie jesteśmy zainteresowani. Za oknem już ciemno i trochę trzęsie. Bezpiecznie czuję się w pasach. Pod nami prawdopodobnie już Morze Śródziemne. Generalnie przy katastrofie mamy jakieś szanse. Z wody, jak rekiny nie zeżrą, mogą nas uratować. Kamizelki są, do wyjścia blisko. Damy radę.

Przestawiamy zegarki o godzinę do przodu. Zaraz Ateny. I w pizdu, wylądował, nie najgorzej. Odbieramy bagaże, a nas odbiera kierowca. Czeka na nas bus i taksówka. Iwona, Beata i ja jedziemy taksówką. Facet tak zapierdziela, że żywych nas nie dowiezie. Po drodze musiał do mamusi po garnitur. Jutro od rana wozi na ślub.

Jesteśmy na miejscu. Marina Kalamaki to największa baza jachtowa w okolicach Aten. Przed nami w całym swoim majestacie stoi nasz środek transportu. Katamaran – statek wodny mający dwa połączone sztywno kadłuby umieszczone równolegle względem siebie.

Jeżeli komuś się wydaje, że po tej wąskiej kładeczce wejdę na stateczek, to jest w błędzie. I to dużym. To się rusza!! Z bagażami? Niemożliwe. A jednak, niemożliwe stało się możliwe. Weszliśmy wszyscy z duuuużą pomocą kapitana. Bagaże też. Makabra.

Wybieramy kajuty. Małgosia i ja schodami w dół na lewo i na prawo. Można dostać klaustrofobii. Naprzeciwko nas Sonia. Jak królowa, sama w kajucie, w łazience z facetami. Po drugiej stronie Monika z Marzeną i w ostatniej Beata z Iwoną. Grzegorz w pojedynczej za Marzeny kajutą, Arek za naszą. Dostać się do nich można z pokładu, albo od strony naszych kajut małym okienkiem. Łazieneczka tak malutka, że na 100% będę w siniakach.

No to wycieczkę życia czas zacząć.

Jeszcze w Modlinie w wolnocłowym zaopatrzyliśmy się w alkohol. Tego napoju raczej nam nie zabraknie, każdy coś przywiózł. Powoli oswajamy się z sytuacją, krokiety się przygrzewają, barszcz się robi. Małgosia już objęła wachtę (wcześniej zdążyliśmy się podzielić dyżurami). Prawidłowo, już niedziela. Rozmawiamy, pijemy, impreza się rozkręca. Monika tańczy i śpiewa, przymierza kapelusz. W tle nasza piosenka, „Co ma być, to będzie”. Małgosia przyłącza się do tańczącej Moniki. Ustalamy plan na jutro i kolejne dni. Komendy wydajemy głośno i wyraźnie, patrzymy na kapitana, używamy terminologii żeglarskiej.

Zaształować – pochować; zaoczyć – zobaczyć. Obciągacz bomu? Nadal nie wiem co to jest, a komunikacja jest bardzo ważna. Od czego jest wujek Google? Sprawdzę w domu. Dzielimy się na grupy dwuosobowe do przygotowywania posiłków. Małgosia i ja jutro (dzisiaj, to już było ustalone), potem panie z Kościerzyny, Monika z Marzeną, Sonia z Grzesiem.

Zaczynają się kawały. Jak się bzyka facet z facetem, to wychodzi syn, a jak mąż z żoną, to córka. Czy tak jakoś.

Trzecia nad ranem, wypadałoby się położyć, ale czy to się opłaca? Gosia myje zęby.

Zasypiam jak niemowlak. Dzień był męczący, pełen wrażeń.

I co dalej?

22.05.2016 – 2 dzień rejsu

Wstajemy z Małgosią o 06.45. musimy przygotować śniadanie, właściwie robi to Gosia, ja tam jestem na zmywaku.

Ani się obejrzałam na stole znalazła się sałatka z pomidorów i ogórków, grzanki i herbata, a na patelni jajecznica. Około 08.00 towarzystwo średnio wyspane wczołgało się do jadalni. Jajecznica dochodzi do siebie, Sonia miesza. Dziewczyny opowiadają o dzikim lokatorze, który o 4 rano wynurzył się z okienka prosto do toalety. Rano tą samą drogą wprosił się na prysznic. I tak chyba zostanie.

O 09.00 przychodzi przedstawiciel armatora i kapitan odbiera katamaran. Trzeba dokładnie wszystko sprawdzić, pokazać ewentualne uszkodzenia, aby po powrocie nie było wątpliwości.

My w tym czasie wybieramy się na spacer. Teraz dopiero widać jakie to wielkie i ile stoi różnych różnistych jednostek pływających. Tylko Błyskawicy brakuje. Przechadzamy się powoli po marinie podziwiając jachty. Na niebie zbierają się nieprzyjemne chmury. Robi się czarno. Czyżby miał spaść deszcz? Czy przed nami sztorm? Ile to w skali Beauforta? Na razie łagodny wiatr, jakaś „3”. Sztorm zaczyna się od „8” i raczej nam nie grozi. Chociaż nigdy nie wiadomo. Pogoda, jak kobieta, zmienną jest.

Tu co krok stoją jachty, a syreny trzymają wachty (my oczywiście). Ten gość, który myje pokład (Grzegorz) właśnie śni, by się tutaj dostać. Właściwy człowiek na właściwym miejscu.

Jakby się urodził z tym wężem. Po powrocie szybkie szkolenie z cumowania. Na razie najlepiej wychodzi to Marzenie i Grzesiowi. Trening czyni mistrza, więc i my opanujemy. Niestety zaczyna padać, czy to oznacza, że nie wypłyniemy? Czekamy na poprawę pogody ćwicząc węzły. Teoretycznie umiemy trzy: knagowy, ratowniczy i do odbijaczy. Nazwaliśmy go precelkiem. Zakładamy również kamizelki kuloodporne, to znaczy kapoki. Musimy umieć je założyć w razie draki. Wyglądamy jak pracownicy kolei.

Ustalamy kierunek podróży. Nam jest wszystko jedno, nigdzie nie byliśmy.

Decydujemy, że popłyniemy do Lavrionu, gdziekolwiek to jest. Po drodze wdepniemy do Świątyni Posejdona.

Odbijamy, jest południe. Pogoda trochę lepsza. Każdy miał jakieś przydzielone zadanie. Wypłynęliśmy nikogo nie uszkadzając. Tak naprawdę Arek sam by sobie poradził. 29 lat pływania po morzach i oceanach robi swoje.

Niby Grecja, a zimno jak cholera. Monia bez kurtki i ciepłego swetra. „No, ja przyjechałam do Grecji, powinno być ciepło”. A tu niespodzianka, wieje, leje, zimno.

Pod czujnym okiem kapitana uczymy się kierować tą łajbą. Chętnych nie brakuje. Nie sądziłam, że to będzie takie podniecające. To lepsze niż sex. OBS, po prostu. Istne szaleństwo.

Teraz, jak płyniemy, świeci słoneczko, ale wieje. W promocji dostaliśmy regaty.

Piękne jachty, morze i my, samotni żeglarze. Życie jest piękne, a ja mając wiatr we włosach czuję się jak dziewczyna Bonda. Szczęście w czystej postaci. To jest właśnie to, a świat niech pędzi ku samozagładzie beze mnie.

Płyniemy i nikt nie myśli o jedzeniu, a to pora obiadowa. Szybko z Małgosią robimy grzanki i sałatkę.

Choroba morska dziesiątkuje załogę. Najpierw Beata, potem Marzena i w końcu Sonia. Nie mam pojęcia jak to jest, ale współczuję. Nie mogą doświadczyć wszystkiego, a buja coraz mocniej. I coraz bardziej mi się to podoba. Monika i Małgosia śpią w jadalni, Beata i Sonia w kajutach. Ta druga śpi w pełnym opakowaniu, kurtce i czapce. Marzena dogorywa na zewnątrz. Marzena do Grzesia: „zimno Ci? Nie. To choć mnie ogrzej”. Takie tam marzenia.

Zatoka Sunion i Świątynia Posejdona. Stajemy na kotwicy i pontonem docieramy do przylądka. Jak na Titanicu, najpierw kobiety i dzieci. Kim był ten Posejdon? Grecki bóg mórz, trzęsień ziemi, żeglarzy i rybaków. Starszy brat Zeusa, przedstawiany z trójzębem (który był jego atrybutem), na rydwanie ciągniętym przez hippokampy (pół konie, pół ryby).

Świątynia została wybudowana na jego cześć w 444-440 w. p.n.e.. Wznosi się na krawędzi skały około 60 m nad powierzchnią morza, w najwyżej położonym punkcie przylądka. Do świątyni wiodła święta droga, której oprawę stanowiła monumentalna brama. Zbudowano ją z białego marmuru, na planie prostokąta, w porządku doryckim. Dzisiaj to przepiękne ruiny i niezapomniane widoki. Jest i sklepik z pamiątkami, kupujemy kartki i magnesiki. Bilet do zwiedzania 8 euro. Rozbój w biały dzień.

Robimy zdjęcia, w ogóle ich robimy całą masę. W długie, zimowe wieczory będzie co oglądać.

19.30 – prawie w komplecie. Czekamy na drugą turę desantową. Ponton dobija do jachtu. Szkoda, że nie dane nam będzie podziwianie ze szczytu zachodu słońca. Odpływamy do Lavrionu.

Lavrion – jedno z najlepszych miejsc wypadowych na Cyklady. Miasto ma długą historię jako miasto górnicze. Jego kopalnie srebra były źródłem bogactwa dla starożytnych Aten. Mocna strona tej mariny, to cisza i spokój. A to lubię.

Płyniemy pijąc herbatkę z cytryną. Pogoda się pogorszyła. Wieje silny wiatr, a Grzegorz i ja na mostku wraz z kapitanem. Fale coraz większe i buja na lewo i prawo, w górę i dół. Jestem zachwycona. Jak to możliwe, że zamiast siedzieć pod pokładem i się bać, ja stoję na zewnątrz z otwartą buzią i jestem wniebowzięta. Później Gosia mi powie, że połknęłam bakcyla, a gardło za karę odmówi posłuszeństwa.

Gosia do Grzesia: „połóż głowę na mym łonie”. Co to jest ten mymłon nie wnikam. Nie ma takiej rzeczy, której byśmy nie spierdolili, oświadcza kapitan. No bo ja się cały czas zastanawiam jak my przycumujemy. No jak. Cyk i stoimy. Cały dzień hipnotyzuję węzeł precelka. Odbijacze trzeba będzie powiesić i to szybko. Nie będzie czasu na wymyślanie. Te węzły to jakaś czarna magia, a Arek raz dwa i gotowe, a mnie się palce mylą.

Cumujemy, nie wiem kiedy. Wychodzimy kładeczką i idziemy do restauracji. Wesoły chórek śpiewa „Małgośkę”, raczej zawodząc niż śpiewając. Na nasze szczęście zapomniały tekstu i nastała błoga cisza.

Arek prowadzi nas w miejsce sprawdzone. Klimatyczne z dobrym i tanim jedzeniem. Zamawiamy sałatki greckie i inne ich specjały. Jestem padnięta, nie wiedziałam, że można się zmęczyć patrzeniem na wodę i nic nie robieniem. Wino zamawia się na kilogramy. Śmieszne.

Postanowienie dnia: Grzegorz śpi w pontonie, przynajmniej nie będzie budził na siku. Biedak siedzi załamany, bo nie będzie: „Moniaaaa, chrapiesz?”.

Całe życie z wariatami. Monika wyczytała z chmur, że jutro będzie pogoda. Jakaś będzie na pewno. Byle śnieg nie padał, resztę wytrzymamy. Nie wiem co ona pali, ale powinna zmniejszyć dawkę. Ostatecznie może się z nami podzielić.

Jest po północy, wracamy na łajbę. Drinki powinny postawić mnie na nogi. Plan na jutro: śniadanie o 09 rano, Sonia idzie po bułki. Najmłodsza w końcu.

Może kąpiel? Rozkazem kapitana, w ramach normy ISO 14001:2005 (oszczędność wody), można kąpać się trójkami. Ciekawa jestem jak się zmieszczą w łazieneczce trzy osoby. Na pająka i jeźdźca, innej opcji nie widzę.

Lecą dowcipy. To co na jachcie, zostaje na jachcie, więc bez szczegółów. Właściwie i tak zostaje w rodzinie. Polipack, to jedna wielka, mam nadzieję, szczęśliwa rodzina. Tylko ta rodzina zapomniała zabrać herb rodowy, czytaj flagę i to jest wtopa. Trudno, nadrobimy następnym razem.

To jak ta kierownica się nazywa? Szturwał (inaczej: mechanizm Daviesa) – skojarz z Maćkiem Stuhrem, a wał, to wał. Dyktafon by się przydał, bo nie nadążam z zapisywaniem. Wiedziałam, że drinki postawią mnie do pionu, innych też. Ile jutro kupić chleba? 2 litry. Nie wiem jak to się stało, ale z tej imprezy nie ma zdjęć. Może i dobrze, znowu idziemy spać o 3 nad ranem. Boli mnie gardło, przewiało mnie na mostku. Niestety nie mam żadnych tabletek, nie przewidziałam tego. Inni tak, a ja nie.

Hi,hi,hi, zabrałam krem na oparzenia słoneczne, a słoneczka jak na lekarstwo, na razie. Mam też coś na chorobę morską, ale jak widać mnie nie dopada. I inne, pewnie nie przydatne, medykamenty. A na gardło nic.

23.05.2016 – 3 dzień rejsu

Jakimś dziwnym trafem, mimo chodzenia późno spać, wszyscy wstają bladym świtem i nawet dobrze się czują. Śniadanie o czasie, zakupy i w drogę.

Za dnia wszystko wygląda inaczej. Nawet karaluchów nie widać, które plątały się wieczorem. Dziewczyny poszły po zakupy, między innymi na targ rybny. Potem do marketu po resztę. 11.45 – „stopy wody pod kilem” i wypływamy. Katamarany mają to do siebie, że nie mają kila, przez co możliwa jest żegluga po płytkich wodach. Przed nami jakieś 4 godzinki do Kythnos. Krótko.

Tym razem Gosia za szturwałem. Też się jej podoba. To ona mówiła, że to lepsze od seksu. Coś widać na horyzoncie. Delfiny? Niestety nie. To tylko część załogi, która korzystając z sprzyjającej pogody, opala się. Foczki: Marzena, Sonia i Monia. Może krem na oparzenia się przyda.

Już z daleka widać wyspę. Widoki przepiękne. Domki białe z różnokolorowymi okiennicami zapierają dech w piersiach. Nic dodać, nic ująć. Kythnos, to wysepka po zachodniej stronie Cyklad. 100 km2żywej wyspy zamieszkanej przez około 1500 osób. Ma ponad 70 plaż, większość dostępna z morza.

Przybijamy do kei, szybka zmiana planów, bo cumujemy prawą burtą. Przewieszamy odbijacze. Na szczęście mamy pomoc na kei. Rachu ciachu i po strachu (nie wspomnę, że cuma się utopiła). Wachta przygotowuje obiad. Szaleństwo rybne z ziemniakami i surówką. Po takim obiedzie koniecznie na spacer. Słonko nas rozpieszcza. Z kata, po drugiej stronie zatoczki, widać w tle kościółek i tam kierujemy swoje kroki. Nie jest daleko. Przechodzimy obok kafejek, gdzie nas zapraszają. Spotykamy również Kasię, znajomą Polkę, która pracuje na wyspie od 10 lat. Do niej wieczorem pójdziemy na kolację. Ciepłe źródełko kusi, ale i ono jest w planach. Mamy szampana, który się chłodzi w lodówce. Tam go wypijemy gdy zapadnie zmierzch. Musi być nastrój.

Na razie w wielkim upale, posmarowane filtrem 30, zmierzamy z Sonią do celu. Reszta brygady za nami daleko. Coś się ociągają. Panowie zostali na jachcie, trzeba pilnować dobytku. Pomachamy im z góry. Spacer jakieś 15 minut.

Świątynia zamknięta na kłódkę, a pilnują jej wejścia z dwóch stron przepięknych rozmiarów…. pająki. Niezłe sztuki. Sonia je przestawia i wchodzimy na schodki.

Jest cudownie. Machamy do panów na jachcie. Nie wiem czy nas widzą, my na pewno słyszymy śmiech Grzesia. Potem panowie nam powiedzą, że słyszeli Marzeny głos. Jest to możliwe, bo ma donośny.

Spóźniona ekipa widoczna na horyzoncie. Pochłonięta interesującą rozmową nie spieszy się w ogóle. Po co myśmy tak gnały? Nie, normalnie szłyśmy, tylko tak mamy. Ciągle w biegu. Czy na wakacjach, czy na produkcji. Dziewczyny potrafią się zresetować, ja ciągle nie. Uczę się 

Jesteśmy w komplecie na górze. Idziemy dalej i podziwiamy widoki. Czy ja już mówiłam, że dla takich chwil warto żyć?!

Czas płynie nieubłaganie, a nawet przyspieszył. Czas – wielkość fizyczna określająca kolejność zdarzeń oraz odstępy miedzy tymi zdarzeniami zachodzącymi w tym samym miejscu. Jego upływ zależy od obserwatora i jest inny dla różnych ciekawskich. Zajmowali się nim i naukowcy i filozofowie, począwszy od Heideggera po Einsteina. Czasami chciałabym go cofnąć. Niestety jest to nie możliwe, chociaż, podobno wehikuły czasu istnieją.

Wracamy na jacht, pijemy kawkę i gramy w 5 sekund. Szczęka mnie boli od śmiechu. Wymień trzy potrawy z Mc Donalda. Hot-dog?

Mistrzem w szybkich odpowiedziach jest Sonia.

Zna odpowiedzi chyba na każde pytanie. W dodatku robi to w … 5 sekund, a nawet szybciej. Trzeba być czujnym i skupionym i odpowiadać z prędkością karabinu maszynowego, ale jak to zrobić gdy w większości umierasz ze śmiechu. Koniec gry, z ulgą ubieramy stroje kąpielowe i wypad do źródełka. A tam woda ma 600C. Bosko. Szampan mile schłodzony, ale otworzyć go, to istne mistrzostwo świata. Instruktaż nagrany dla potomnych. Popłakać się można ze śmiechu. Przez grzeczność nie napiszę nic więcej, bo naprawdę lubię Grzesia. Filmu też nie pokażę.

Trochę płytko, ale musiał być sztormik i nawaliło piachu. Przez otwory w kamieniach napływa zimna woda. Jest przyjemnie. Sielsko, anielsko. Niebo nad nami gwiaździste, a prawo moralne w nas, to Kant. Pijemy szampana, toast za naszą wygraną. Mało efektowny spektakl, po chamsku zagrany pod punkty. Kto czyta ze zrozumieniem, ten ma wygraną w kieszeni.

Zbyt długo nie siedzimy, kolacja u Kasi czeka. Nie wiem kto będzie jadł, bo po rybkach jesteśmy pełni, ale znając nasze moce wszystko zniknie. Krótki prysznic, zakładamy białe koszulki do zdjęcia i idziemy. Jest ciemno i romantycznie. Zapowiada się wspaniały wieczór. Jakbym wywróżyła.

Jedzonko wyborne. Przyznaję się do mojej słabości, lubię frytki. Jemy z Arkiem na wyścigi. Monia degustuje ośmiornicę ze mną do spółki. Ja jem takie rzeczy? Niesamowite, sama jestem zaskoczona. Sonia karmi kotki. „Spokój, wystarczy dla każdego”. Winko pyszne, a mnie ciągle boli gardło. Po królewskiej uczcie idziemy do pobliskiego pubu. Na nie jednego drinka, jak się okaże. Dziewczyny zamawiają polskie disco polo. Naszą piosenkę „co ma być, to będzie”. Będzie mnie to prześladować już zawsze. Nie jestem fanem tego typu muzy. Impra się rozkręca. Piję drina z lodem, na moje gardełko w sam raz. Paradoksalnie, jak okaże się rano, pomaga mi. Zimne napoje + tabletka gwałtu od Arka (czytaj: przeciwbólowe na gardło) zbawienne. Nie boli.

Tańczymy i śpiewamy. Nawet Arek się bawi tańcząco, chociaż mówi, że nie tańczy. Dołącza do nas grupa z Rosji. Facet całuje mnie po rękach i się przedstawia. Dimitri jestem, a Monia całuje się z grekiem w czerwonym kubraczku z tej knajpy. On nie chciał, Monia go zmusiła. Chyba jest na głodzie. Chciała go wciągnąć jak meduzę. Jest interesująco, nie ma co ukrywać. Emocje w końcu znalazły swoje ujście.

Szaleństwo rośnie, jakby ktoś chciał się zastrzelić, to jest okazja. Nic już się nie liczy, teraz to… wypada się zastrzelić. Na pewno znajdziemy się na You Tube, nagrywali nas. Niestety zaraz się skończy ta super impreza. Zbieramy załogę, bo naprawdę będzie kiepsko wejść po pijaku na łajbę. Trzeba będzie zabezpieczyć zejście (wchodzimy bokiem), bo jeszcze rozochocone towarzystwo pójdzie w tango w poszukiwaniu mocniejszych wrażeń. Będę czuwać.

Jest coraz ciekawiej, Gosia gdzieś widziała węża i mówi, że fajny, bo wszędzie wchodzi. Co autor miał na myśli? Sam chyba nie wie. Monia: „a od kiedy my tu jesteśmy?” Arek – „od miesiąca.” „Tak?… nie zauważyłam, bo zastanawiam się do czego służy ten telewizor”. Myślę, że kapitan w nim podgląda nas w łazienkach gdy kapiemy się w trójkątach. Nie zawsze mamy wpływ na to, kto pojawia się w naszym życiu…. Ale czasami po prostu mamy szczęście…

W każdym razie Areczku, dziękujemy za wspaniałe noce, a Monia wreszcie się puści….. liny.

I takie tam dyrdymały opowiadaliśmy znowu do około 3 nad ranem. Oj, będzie ciężki poranek.

24.05.2016 – 4 dzień rejsu

W planie pobudka około 09.00. I tak wszyscy wstają wcześniej. Nie wiedząc dlaczego, klimat nam służy. Nie straszne nocne imprezy. Rano rześcy i świeży jak szczypiorki na wiosnę. Dyżur w kuchni Monika i Marzena.

Monika w stroju wieczorowym zmierza na pokład na nikotynowe szaleństwo. „Ja Ci przypominam, że masz dyżur” – krzyczy Grzegorz. Pewnie jest głodny, ale oto wjeżdżają na stół paróweczki, kanapeczki, serek. „Dobre śniadanko”? pyta Monia. Pychotka. Gośka: „czy mamy 2KC”. To mi przypomina arkowy specyfik, do którego miałam pewne obawy, a okazał się rewelacyjny. 2KC to nasz rekwizyt z przedstawienia, który, nawiasem mówiąc, był tabletką do zmywarki.

Do źródełka już nikt nie ma ochoty pójść, chociaż w pijanym, wczorajszym, widzie wszyscy byli chętni. „Nie martwcie się dziewczyny, mamy dużo chlania”. Moniki teksty są nie do podrobienia. Co racja, to racja, czasami świat na trzeźwo jest nie do przyjęcia. Nie tutaj, tu jest pięknie. Żal opuszczać to miejsce, ale kolejne porty przed nami.

Sprzątanie po śniadaniu, mycie pokładu i w drogę. Cel: Merichas. Po drodze kapitan JPR dobija do zatoczki. Desant na plażę pontonem. Grześ – „ile tu mamy metrów”?, a Monia – „nie martw się, będę Cię ratować”. I to mówi ta, co nie umie pływać.

Na wąskiej plaży, która co najmniej dziwnie wygląda, bardzo chudy kot. Skąd się tam wziął? Zagadka.

Zażywamy kąpieli słonecznych i nie tylko. Wspaniała Monika w kapoku wchodzi do wody. Ta to niczego się nie boi. Zaraz potem zaczyna ją znosić i się zaczyna. „Grzeeeeegorz!!! Weź mnie” i zaczyna gwizdać, no co reagują osoby z obcego jachtu. Grześ płynie i zaczynają się wygłupiać. „A on przepłynął pode mną i zarył w rów” – Monia. Mariański chyba. Monia to i na stypie rozkręciłaby imprezę.

Arek przywozi zimne piwko, dawno mi tak nie smakowało, a nie jest to mój ulubiony trunek. Plażowanie dobiega końca, czas na nas. Znowu ten przeklęty czas.

14.45 lądujemy na Merichas. Nie obyło się bez małych kłopotów. Wieje ostro. Nie od parady jesteśmy wykwalifikowaną załogą od…. 3 dni. Cumowanie na miarę mistrzów. Czas na obiad. Ziemniaczki, sałatka z pomidorów, ogórków, jajek, wszystko polane jogurtem. Oczywiście jest też koperek. Kupiliśmy tylko jeden pęczek, a wystarczy do wszystkiego do końca rejsu. Rybki z wczorajszej uczty u Kasi. Nie musisz sama nic robić, to po prostu poezja. Białe wino dopełniło ucztę bogów.

Jedni na spacer. I uwaga, po bujającym się trapie schodzi Iwona, która zawsze w stresie. Szacun, bo ja się nie odważyłam. W tym miejscu na lądzie mnie nie widzieli. Wszystkie interesujące mnie chwile zarejestrowałam z pokładu. Monia na papierosku: „jesteśmy w obcym kraju, to palimy co jest, a to jest bez wody i nie kopie”. Tak opowiada o swoim dziubdziusiu (zdrobniale o eco-papierosie). Kapitan z kolei opowiada o pewnym kocie i koledze. Kot się najadł i zasnął przy trapie i chrapał. Kolega na niezłej bani położył się obok, mówiąc, że kota pogoni. Koniec końców, było odwrotnie. Gdy kot się obudził i zobaczył koleżkę, to narobił takiego rabanu, że…………. kolega uciekał gdzie pieprz rośnie. Cała marina miała ubaw. Mam nadzieję, że nie pomyliłam kolejności zdarzeń.

Monia łapie fazę, idzie się opalać i śpiewa „ o północy pójdziemy na dach”. Dach czego? Świata, rzecz jasna.

Około 18.00 podpływa prom. Wielka maszyna robi to w mistrzowski sposób.

W 10 minut rozładowała, załadowała ludzi, samochody i odpłynęła.

Lajtowy dzień. Nic się nie dzieje, nuda, nuda, nuda. Część poszła po zakupy, inni na lody. Kawka w wykonaniu Gosi: ROZKOSZ. Monia śpiewa niezmordowanie. Przynajmniej jakieś atrakcje mamy.

Idę na drzemkę. Wszystko się buja, trap też. Jak wyjść? To prawie jak: panie premierze, jak żyć? Prawie zasypiam, utulona wiatrem i falami.

Nagle słyszę tupot białych mew i łubudu. Coś w nas walnęło. Patrzę przez bulaj, chyba sąsiednia łajba. Kotwica im się zerwała? Teraz widzimy jak ważne są odbijacze. Na szczęście niewielka ryska, do zaakceptowania przez kontrolę jakości. Nie ma nikogo? Hmmm, no to kierownik produkcji podejmie decyzję. Oczywiście na tak, bo ryska nie widoczna dla normalnego człowieka. Panowie robią zdjęcia i pełną dokumentację uszkodzenia (dla przedstawiciela armatora).

Akcja liść dębu, a po tym nic innego nam nie pozostaje, jak zagrać w karty. Pada propozycja gry w mafię. Nikt nie zna tej gry oprócz Soni. Ona gra we wszystko. Zbieramy się jak sójki za morze. W końcu gramy, ale dosłownie parę rundek i pijemy po jednym drinku. Ku naszemu zdziwieniu o 22.30 pokład śpi.

Teoretycznie. My z Gosią na czujce. Wieje i coś się dzieje na holenderskiej łajbie. Wszyscy na pokładzie i dziwują z linami. Nasz kapitan też nie śpi. My, żeby mieć lepszą widoczność idziemy do salonu, stamtąd mamy pełny pogląd na akcję. W nerwach (bo tak mam) zaczynam sprzątać. Układam co się da, składam koszulki, polary. Wszystko co tam jest. Jestem pełna podziwu dla naszego kapitana. Nasz stateczek w pełni zabezpieczony, nie ma możliwości, aby cokolwiek się zerwało. A tamci, no proszę?! Kotwica w pizdu, cumy też, jeszcze hak zerwali, niedojdy. Człowieki (czyli my) w stresie, że przez niekompetencje innych dostaniemy z liścia. Nie na darmo nas ćwiczył, a potem sprawdzał i po nas poprawiał. W końcu z Gosią lądujemy w łóżeczku, jakkolwiek to brzmi. Buja i buja i buja. Jest miło. Zasypiam.

25.05.2016 – 5 dzień rejsu

Po nocnej akcji prawie nie ma śladu, chociaż obok dalej poruszenie. Jeszcze buja, ale w tle słoneczko. Od samego rana trenujemy z Gosią węzeł kapitański. Jakoś to jej wychodzi, ale mówi, że robi na szydełku, to węzełki jej nie obce. Muszę jeszcze poćwiczyć. Tymczasem wyglądam jak aresztowana, tylko za bardzo uchachana.

Mimo tego, że ciągle w porcie, choroba morska dziesiątkuje załogę. Miejscami mamy „5”.

Monia hipnotyzuje jednego nieudacznika z łajby obok. To niesprawiedliwe, ma nogi tak długie, jak modelka. I tylko nogi, reszta do bani, moim zdaniem. Może się nie znam, ale facet nie w moim guście i w dodatku beztalencie żeglugowe.

Wypływamy. Przed nami prawie 8 godzin rejsu. To jest to, w czym się zakochałam bez pamięci. Nawet napisałam to NASZEJ BOSKIEJ KATARZYNIE, która miała cudowny pomysł na nagrodę. Jak my Jej podziękujemy za te przeżycia.

Niestety kolejna osoba zmaltretowana przez chorobę morską i oddaje morzu – cesarzowi co cesarskie. Wygląda jak Yoda, taki zielony. Tylko współczuć.

Kołysze, jest bosko, cudownie, świetnie i co tam jeszcze chcecie. Jestem w siódmym niebie. Monia się opala i nic ją nie wzrusza.

Nawet fale. Jestem trochę w strachu, że wypadnie. Jednak nie, trzyma się i jest czujna. Płyniemy 6 węzłów na silnikach. Przez chwilę byliśmy na żaglu, ale za długo byśmy płynęli. Różnica 2,5 węzła robi swoje. Monia budzi się ze śpiewem na ustach. Idzie przefiltrować płuca. „Dzibdzusiu kochany, mama o ciebie nie dba, mało cię ciągnie”. Monia jest niezawodna w swoich tekstach. Wreszcie wyspana jak niemowlak.

Płyniemy, wokół morze i my. Czasami wynurzają się u-boty, ale jak nas widzą to znikają.

Wydaje się, że ta podróż nie ma końca. Jeszcze przed lądowaniem mała fotka.

Szczęśliwa , wspaniała „4”.

W końcu, z oddali widzę jakieś budynki. POROS – wyspa położona tylko 48 km od Pireusu, a wydaje się, że płynęliśmy wieczność. Jej powierzchnia, to 31 km2 i ponad 4000 mieszkańców. Drugie tyle, to turyści. Poros jest wyspą o bogatej i bujnej roślinności. Głównie krzewy i drzewka o niedużej wysokości.

W centrum znajduje się las pokryty drzewami iglastymi, w przeważającej części są to sosny. Wyspa posiada dobrą sieć dróg i infrastrukturę turystyczną. Mimo braku lotniska dostęp do wyspy gwarantują promy i wodoloty. To wszystko czyni z niej świetny kurort, co zresztą widać. Nareszcie część załogi wydobrzeje. Cumowanie, knagowanie i …. na miejscu. Jest pięknie, ciepło, nie ma fali. W nagrodę spaghetti. Jak zwykle jedzonko pyszne. Przed nami wolny wieczór.

Czas na łowy – podarunkowe. Stroimy się w najlepsze kiecki i w miasto – wyspę. Niewielka mieścina ma sporo uroku.

Co róż można spotkać drzewa z owocami przypominającymi pomarańcze. Pełno także turystów siedzących w sympatycznych kafejkach. Przechadzamy się powoli, nikt i nic nas nie goni. Nikt nas nie zaczepia, nie nagabuje, nie wciąga na siłę. Wchodzimy do sklepików sami, oglądamy, kupujemy pamiątki. Rodziny by nam nie wybaczyły, gdybyśmy nie przywieźli paru drobiazgów. Każdy ma kogoś do obdarowania. Na końcu uliczki spacerowej pomnik syrenki. Grześ się do niej przymierzył. Z braku laku i kit dobry. Do żonki daleko, a cycki fajowe. Zdjęcie jeszcze lepsze. Przez chwilę tam siedzimy na murku z cicha rozmawiając o szczęściu, które nas spotkało. To niewiarygodne, że jesteśmy w takim miejscu. Jednak życie jest nieprzewidywalne. Jest jak pudełko czekoladek, nigdy nie wiesz na co trafisz. Forrest Gump był mądrym facetem.

Wracamy na statek. Niedojedzone towarzystwo przynosi specjał tutejszej kuchni…. gyrosa. Pycha!!!!!!!!!!, wierzę na słowo, bo sama nie jem. Na tej wycieczce zjadłam więcej, niż przez cały miesiąc w domu. Dość jedzenia, czas na napoje. Nie możemy się odwodnić. Czysta, whisky i piwo. Robimy grupowe zdjęcie, niestety bez Marzenki, która gdzieś się zawieruszyła.

Na szczęście, nie jest to nasze pierwsze wspólne zdjęcie i, jak mniemam, nie ostatnie.

Marzenka, zdawszy relację rodzinie, dobija do nas. Na nią przyjdzie jeszcze czas.

26.05.2016 – 6 dzień rejsu

Ooo, znowu kolejny dzień. Nadal Poros, aby nie mylić z pornosem. Nic się nie działo. Jak grzeczne dzieci poszliśmy spać, w miarę o rozsądnej godzinie. Jakoś po pierwszej, drugiej. Nie pamiętam.

Jest 08.15 – czas na śniadanie. Jak zwykle pyszne. Potem ostatnie zakupy pamiątkowe i kawa w pobliskiej kafejce. Cicho i spokojnie, rano wysepka śpi. Raczej jej bywalcy odsypiają wieczorne imprezki. Jest cudownie.

Kartka do Polipack wysłana. Nie darowaliby nam, gdybyśmy nie naskrobali paru słów. Napisaliśmy zatem przepiękne pozdrowienia na ślicznej kartce, która wylądowała w skrzynce pocztowej na wyspie Poros. Rozkoszujemy się kawą, ciszą, pięknymi widokami.

Szczęście na twarzach uczestników wyprawy jest nie do podrobienia. Powinno się częściej serwować takie atrakcje.

Tymczasem wracamy na pokład. Jest 11.00.

Dziewczyny ściągają trap i odcumowują. Odpływamy w nieznane. Właściwie do Russia of Bay – rosyjskiej zatoczki. Tam jest przewidziana kąpiel i atrakcje dla odważnych – pływanie na „odbojniku”. Może być śmiesznie.

Gośka się smaruje kremem i mówi, że to są bezpieczne wakacje.pl. A jakie mają być? Z takim kapitanem może być tylko bezpiecznie.

Parkujemy na kotwicy. Przedstawienie czas zacząć. Sonia się opala na frytkę, a Grzesiu jako pierwszy skacze do wody. Za nim oczywiście Monika. Nie mogą żyć bez siebie.

Woda cudowna, ciepła, przejrzysta. Bałtyk taki nigdy nie będzie, aczkolwiek ma swoje uroki.

Czas na kurs prowadzenia pontonu. Arek uczy Grzegorza. Nawet nieźle mu idzie. Grzesiu, to pojętny uczeń, łapie wszystko w lot. Jest młody i zdolny. Chłonny wiedzy. Będzie miał branie. W rejs się z nim jednak nie wybiorę. Nie to, że nie mam do niego zaufania, mam. Grzesiowi czasami potrafi odbić i tego się boję.

Sonia rezygnuje z frytkowania i z Gosią decydują się na pontonomanię z Grzesiem w rolach głównych. Mają więcej odwagi, albo mniejszą wyobraźnię. Nie wiem, co gorsze.

Wypływają z Grzesiem po 10 minutach nauki, a on je wiezie nie wiadomo gdzie. Jakaś masakra.

Taka jazda pontonem musi być niesamowita, ale pod okiem wytrawnego gracza, który będzie wiedział, co robić w razie awarii.

Awarii nie planujemy, więc dziewczyny się dobrze bawią. I tak ma być. Dobra zabawa, zero stresu, zamartwiania się i tym podobnych głupot. Kąpielowe szaleństwa prawie dobiegają końca. Przed nami jeszcze clou popołudnia, jazda na „odbojniku”. Kto chętny? Para jest tylko jedna: Monika i Grzegorz. Brawo dla odważnej, która nie umie pływać, a w kapoku nie boi się niczego. Wielki szacunek.

Ruszamy. Fantastycznie wyglądają.

Płyniemy powoli, linka powinna być napięta. Grzegorz pierwszy, za nim Monika. Trzeba się dobrze trzymać, opór wody jest tak silny, że ręce może wyrwać ze stawów. Za chwilę się zamienią miejscami, bo Grzesiu robi taką falę, że zalewa Monię. Płyniemy dalej gdy Monika puszcza się w końcu …. liny. Mamy człowieka za burtą, zawracamy po nią. Nie możemy jej zostawić, bo kto nas będzie rozśmieszał. Monia ma dość, wchodzi na pokład szczęśliwa, że dokonała niemożliwego. Arek pyta: „Monia, mały OBS był?” Teraz szaleje Grzesiu. Jazda bez trzymanki. Długo się trzyma, skubany. W końcu słabnie i macha ręką, że chce wyjść. Wrażenie nie do opisania. Będzie co wspominać na rodzinnych zjazdach.

I tak nam minęły 3 godzinki. Odpływamy.

METHANA – klejnot Peloponezu. Półwysep o powierzchni 40 km2, zamieszkany przez około 2300 osób. Wyrasta ze wschodniej Argolidy między wyspami Poros i Aegina. Półwysep i jego góra to wygasły wulkan. Jego ostatnia erupcja nastąpiła około 250 r. p.n.e. w czasach rzymskich. Naprawdę niedawno w skali geologicznej. To też miejsce ciekawe przyrodniczo. Wiosną można trafić na różne gatunki storczyków i dzikie cyklameny. Z ptaków na uwagę zasługują zimorodki. Szkoda, że nie wiedziałam tego szybciej, można by było poszukać.

Na półwyspie jest kilka urokliwych wiosek i wioseczek, które przyciągają miłośników wędrówek. Tutejszy system oznakowania ścieżek liczy 60 km długości.

Na Methanie urodziła się jedna z najwybitniejszych tekściarek Grecji – Lina Nikolakopulu. Taka nasza Osiecka.

Na obiad wychodzimy w miasto do, zaprzyjaźnionego z Arkiem, baru. Prowadzi go bardzo sympatyczny, starszy pan.

Tradycyjny gyros, sałatki greckie, tzatziki, oliwki i po piwku. To jest wszystko tak pyszne, że znika ze stołu w szybkim tempie. Nikt nie narzeka, że za dużo je, albo pije. Wkrótce powrót do szarej rzeczywistości, a na razie: chwilo trwaj.

Po jedzonku idziemy na spacer. Jest gorąco.

Methana to jedno z najważniejszych uzdrowisk w Grecji. Lecznicze gorące źródła docenili starożytni Grecy. Źródła ponoć działają korzystnie na skórę i pomagają w leczeniu schorzeń neurologicznych. Niestety nieładnie pachną. Sama siarka. Szybko stamtąd uciekamy i kierujemy się w zupełnie inne rejony.

Półwysep ma też swoje legendy. Jedna z nich wiąże się z kościółkiem „Krasopanajja” – Matki Boskiej od Wina. Pewien tutejszy handlarz postanowił udać się ze swoimi produktami do Aten. Wypłynął w stronę stolicy, ale po drodze zaskoczył go sztorm. Modlił się do Matki Boskiej o ocalenie. Nie dopłynął do miasta, ale dotarł do brzegu. Wdzięczny wybudował Kościółek, a do ziemi dolał wina, które mu pozostało. Stąd nazwa Kościoła. Ciekawe czy to była ta Świątynia, obok której przechodziliśmy.

Inna legenda mówi, że półwysep wsparty jest na kilku kolumnach. Większość z nich już pękła. Gdy pękną pozostałe Methana ulegnie zagładzie.

Spacer dodał nam sił i spaliliśmy obiadowe kalorie. Wracamy na pokład uzupełnić płyny. Nie ma to jak dobrze schłodzona woda.

Robimy po drineczku i się rozkręcamy.

Marzena czyta kawały:

mamo, czy ja jestem ładna?

zapytaj swojego chłopaka

ale ja nie mam chłopaka

no właśnie.

Monia ciągnie dziubdziusia i mówi: „a miałyście wszy łonowe?, dobrze, że ja golę, bo bym miała w ch…”. Jej tekstów nie można przewidzieć. Ten komentarz był odpowiedzią do Marzeny kawału, ale i tak nas powalił. Marzena niezmordowana dręczy nas nadal. Wszyscy jednak tak zasłuchani jakby czytała epopeję narodową. Kapitan pracuje przy laptopie, na zmianę ze spaniem. Na takim błogim lenistwie upływa nam rejs.

Przycumował kolejny katamaran z pięcioma starszymi panami, a niedaleko nas stoi łajba z polską załogą. Pada propozycja jeszcze jednego spaceru. Idą wszyscy oprócz mnie i kapitana. Czytam „Tajemnice Rutherford Park”, a poza tym nie chce mi się już chodzić. Mam fajną miejscówkę, tylko mi tam zawiewa. Przenoszę się do stołu. Piję kolejnego drinka i jem pistacje. Kapitan przyłącza się do mnie i mamy rozmowy w toku. Jest nam dobrze, a nawet bardzo dobrze.

Dzwonię do Grzesia, bo coś długo ich nie ma. Zawieruszyli się. Chyba nie zabłądzili? Wracają. I co robi Sonia? Przepytuje mnie z książki. Czy ona oszalała?! Czy martwiła się o moją cnotę? Nie wnikam, nie komentuję. To, co robiliśmy, albo nie, pozostanie naszą słodką tajemnicą.

Załoga przytaszczyła arbuza i pomarańcze. Ten smak i zapach, jakże inny od polskich.

Wyżerka na całego i znika to w zastraszającym tempie. Monika wlazła na spacerze w kaktusy i teraz trwa depilacja. Kolce trzeba z ręki pousuwać. Operacja zakończona pomyślnie, pacjent żyje. Impreza rozkręcona na maksa. Monia: „miasto śpi?, to trzeba je rozbudzić”. Byłaby zdolna iść powrzeszczeć po oknami nic nie rozumiejących Greków. Mogłoby się skończyć na komisariacie. A tu w ogóle jest policja?

Małgosia postanowiła sprawdzić swoją czołówkę. Działa, ale po co chciała ją wypróbować? Zabij, nie pamiętam. Dawno nie widziałam tak zrelaksowanego towarzystwa. Były też tańce na rurze. Załoga kajuty nr 4 zaprosiła kapitana do wspólnego prysznica. „Tylko po nas chodzi, nigdy się nie zatrzyma”. Arek rozbawiony mówi do Grzesia: „dobrze, że rejs trwa tylko tydzień, bo by nas zgwałciły”. Tak źle by nie było. W końcu zmęczona załoga udaje się na spoczynek. Wbijam się do Marzeny i Moniki, bo słyszałam głosy. Jest 1.15 – gdzie ja jestem? Są dwa rodzaje ludzi: ci, z którymi chcesz się napić i ci, z powodu których musisz się napić. Cały tydzień z tymi pierwszymi. Spać, idź spać.

27.05.2016 – 7 dzień rejsu

Ciężko. Niektórzy chyba mają kaca, małe zdychanko. To była nasza zielona noc, trochę wcześniej, niż normalnie. Dzisiaj dobijamy do Aten. Poza tym musieliśmy wypić cały alkohol, bo do domu nie będziemy zabierać. Mamy pół zbiornika wody, czekamy na faceta, który nam uzupełni. Zapłacone. W tym czasie lecimy na kawkę i soki ze świeżo wyciśniętych owoców do pobliskiego pubu.

Facet nas olał, wody nie ma. Dłużej nie czekamy. O 11.30 wypływamy do Aeginy.

AEGINA – wyspa w Zatoce Sarońskiej. Według mitologii greckiej nazwa wyspy pochodzi od imienia nimfy Ajginy, córki boga Asoposa, uwiedzionej przez Zeusa, który zabrał ją na Aeginę, zmieniając jej nazwę. Nimfa urodziła mu syna Ajakosa, pierwszego króla wyspy i dziadka sławnego trojańskiego bohatera Achillesa. Ajakos na cześć matki przywrócił wyspie nazwę Aegina. Aegina słynie z bardzo smacznych orzechów pistacjowych (moich ulubionych), winogron, oliwek, fig i migdałów. Wyroby ceramiczne wyspy to również wspaniały pomysł na prezent. Każdego roku na wyspie mają miejsce różne wydarzenia kulturalne, festiwale, koncerty, rejsy jachtem, wystawy. Dla podróżujących Aegina jest doskonałym punktem do odwiedzenia innych Wysp Sarońskich. Głównym miastem jest Egina leżąca na północnym-zachodzie wyspy. Wśród godnych odwiedzenia miejsc można wskazać urokliwy port i Muzeum Archeologiczne, które jest najstarsze w Grecji. W Aeginie mieszkał Joanis Kapodistrias, pierwszy przywódca niepodległej Grecji. Tam też Nikos Kazandzakis napisał swoją najsłynniejszą powieść „Grek Zorba”.

12.45 lądowanie na kotwicy. Część osób, w dwóch przelotach, płynie z Grzesiem pontonem na wyspę. Po co? Po jedzenie – gyrosy, sałatki greckie, cacyki. Wracają po 45 minutach …. na wiosłach, bo Grzesiu nie umiał odpalić silnika. Siara.

Stoimy na kotwicy rozkoszując się wybornym jedzeniem. Niestety moja, nie ulubiona jednostka, jest nie do zatrzymania i leci na złamanie karku. Ten czas. Wypływamy do Aten. Przed nami 2 godziny rejsu i szkolenie z węzłów. Nasz niezawodny kapitan pokazuje nam różne, niektóre nie do zapamiętania. Umiem zrobić ósemkę, supeł, a reszta jest zagmatwana. Na nasze szczęście szkolenie zostaje przerwane przez delfiny. Wielkie brawa dla Marzeny, która je wypatrzyła.

DELFINY – wodne ssaki z rzędu waleni. Zamieszkują morza obu półkul i wiele rzek strefy równikowej. Często przebywają w gromadach od kilku do kilkunastu osobników. Odbywają dalekie wędrówki. Porozumiewają się za pomocą dźwięków. Delfin śpi, unosząc się w wodzie na głębokości około 50 cm, z jednym okiem otwartym. Oddycha wynurzając się co 30 sekund na powierzchnię, nie budząc się. Delfiny często polują ławicami, czasami z rekinami. Żywią się rybami, kalmarami i skorupiakami. Ich głównym naturalnym wrogiem są orki. Żyją od 7 do 21 lat.

Marzena aż piszczała z zachwytu, a Sonia była tak podekscytowana, że nie będzie mogła w nocy spać. Szefowa do nas napisała, że mamy wracać na pokład Polipack. Jak tu wracać gdy delfiny w około i przepiękne widoki.

Zwierzaki odpłynęły w siną dal, a pojawiły się ogromne statki. Pierwszy chiński kontenerowiec COSCO i prom Hellenic Seaways. Jak na autostradzie zaczęły się wyprzedzać.

To niesamowite, jak pogoda potrafi się zmienić. Wieje silny wiatr, więc możemy popłynąć na żaglu. Coraz więcej statków, łódek, jachtów. Wszyscy zmierzają do Aten.

17.15 – jesteśmy w miejscu, z którego tydzień temu wyruszaliśmy w nieznane. Dzisiaj przycumowaliśmy szybko, bezbłędnie (pomoc na kei) i znowu wykonaliśmy kawał dobrej, nikomu nie potrzebnej, roboty. Tak za każdym razem kapitan nam wmawiał, gdy cumowaliśmy. Ta robota zawsze była potrzebna, bez niej nigdzie byśmy nie wylądowali. Czy dobra? Po paru dniach na pewno nie najgorsza.

Szykujemy się do wyjścia. Ateny i Akropol czekają.

ATENY – stolica i największe miasto Grecji. Jeden z najważniejszych ośrodków turystycznych Europy z zabytkami kultury antycznej. W 2011 r. zamieszkiwało je około 700000 osób.

Zalążkiem Aten historycznych była warownia z okresu mykeńskiego na wzgórzu Akropolis (połowa II tysiąclecia p.n.e.). Akropolis przekształciło się w miejsce kultu. W 480 r. p.n.e. miasto zniszczyli Persowie, odbudowę zlecił Temistokles. Rozkwit miasta przypada na czasy panowania Peryklesa. Zmodernizowano Akropoils i połączono Ateny z Pireusem i z Faleronem, tzw. Długimi Murami.

W okresie starożytności Ateny były państwem-miastem o ustroju demokracji bezpośredniej. Ateny stały się centrum umysłowym Hellady, promieniującym na ówczesny świat oraz silnym ośrodkiem politycznym. W 338 r. p.n.e straciły niepodległość na rzecz Macedonii, później władców hellenistycznych i w końcu Rzymu.

Do najważniejszych zabytków należą:

  • Zespól architektoniczny Akropolu:

Propyleje,

Erechtejon,

Apteros – świątynia Nike,

Partenon,

Muzeum Akropolu.

  • Odeon Herodosa Attyka,

  • Teatr Dionizosa,

  • Zespół budynków publicznych starożytnej Agory Greckiej,

  • Agora rzymska,

  • Łuk Hadriana,

  • Świątynia Zeusa Olimpijskiego,

  • Inne – do poczytania w internecie.

Tramwajem o numerze, którego nie pamiętam w 30 minut docieramy z przystanku Edem do Zappio.

Zanim zapadnie zmrok oglądamy stadion Panathinaiko. Obiekt powstał około 330 r. p.n.e., odkopano go w 1870 r. a zrekonstruowano na Igrzyska Olimpijskie. Wstęp jest płatny, a strażnicy pilnują, aby jakiś maruder nie przekroczył linii bez biletu. Ze stadionu spacerkiem ruszamy w stronę Syntagmy. Na jednym z najważniejszych placów znajduje się Parlament. Wieczorami jest to miejsce spotkań młodzieży.

Mamy szczęście i trafiamy na honorową zmianę warty. Ewzoni – grecka reprezentacyjna formacja wojskowa. Żołnierze wybrani wśród najprzystojniejszych, rosłych poborowych, pełnią straż honorową przy Grobie Nieznanego Żołnierza. Zmiana warty jest atrakcją turystyczną i odbywa się o pełnych godzinach przez całą dobę. Ceremonia prowadzona jest według sztywnych reguł. Ewzoni ubrani są w krótkie, plisowane spódniczki, zaprasowane w 400 fałd upamiętniających 400 lat niewoli tureckiej. Na głowie noszą czerwone czapki z frędzlami. Na nogach mają białe getry z doczepionymi pomponami. Pompony zdobią również podkute trzewiki. Ważnym elementem ich ubioru jest szeroki skórzany pas. Pas przypomina o schowku na pieniądze, do niego przypinano też szablę i za niego wtykano pistolety.

Oglądamy 3 minutową zmianę warty, robimy sobie zdjęcia z Ewzoni, po czym kierujemy się pod Łuk Hadriana i Świątynię Olimpijskiego Zeusa.

Łuk został wzniesiony za panowania cesarza Hadriana, w ramach projektu rozbudowy miasta. Świątynia Olimpijskiego Zeusa została ukończona w 131 r. n.e. przez cesarza Hadriana, liczyła 104 marmurowe kolumny i była największą świątynią w tamtych czasach. W jej wnętrzu stały posągi Zeusa i samego Cesarza. Do dnia dzisiejszego zachowało się jedynie 15 kolumn. Po kilku minutach spędzonych na robieniu zdjęć idziemy pod Akropol, do historycznej dzielnicy Aten – Plaki.

Znajdują się tu kamienice z XVIII w., tawerny, muzea i zabytki. Większość ulic została wyłączona z ruchu samochodowego i zamieniona w deptaki. To doskonałe miejsce na wieczorny spacer, a znajdujące się co krok sklepiki z pamiątkami zadowalają nas, jako wybrednych klientów. Tu się rozdzielamy i umawiamy za 1.5 godziny. Sonia i ja udajemy się w poszukiwaniu kasy, aby jutro nie tracić czasu. Po drodze mijamy jakby filharmonię pod gołym niebem?

Akurat trwa koncert, chyba greckiej muzyki. Nie za bardzo się orientujemy. Tłum ludzi, a wśród nich pewien starszy Grek, który nas zaczepia. Ciekawy był skąd przyjechałyśmy, co robimy i takie tam. Byłyśmy czujne. Ten nas zagaduje, a w tym czasie kumpel nas obrabuje. Nic z tego. Urywamy się dziadkowi i idziemy dalej. Ciągle nie znalazłyśmy kasy.

Docieramy wyślizganymi schodami do miejsca, w którym jest kasa. Czytamy, od której, do której otwarta i kiedy ewentualnie mają sjestę. Przyglądamy się chwilkę parze, która robi sobie fotki i wracamy na miejsce zbiórki. Po drodze kolejny raz zostajemy zaczepione. Tym razem do Soni podszedł młody chłopak i prosto z mostu wali, że jest piękna i … jeszcze chwila zaproponowałby jej numerek. Przytomnie szybko ją zgarnęłam, a chłopak myślał, że jestem jej mamą. Mamy branie, nie ma co.

Robimy zakupy pamiątkowe i spacerkiem kierujemy się na przystanek tramwajowy. Jako uczciwi Polacy chcielibyśmy kupić bilety (w tamtą stronę były kłopoty, automat nie działał). Ten też nie działa, przechodzący Polacy poinformowali nas, że tramwaj w ogóle stąd nie pojedzie, bo do Aten przybył sam Władimir Władimirowicz Putin i ulice pozamykane.

Putin – tego pana chyba nie trzeba przedstawiać. Dla formalności: prezydent Federacji Rosyjskiej. Ale żeby aż ulice zamykać? Jakiś obłęd. Faktycznie tramwaj nie pojechał, musieliśmy przejść pieszo 3 przystanki. Ciepło, miło, spacer przed snem wskazany.

Po drodze mijamy Zappeion – budynek w

ateńskich Ogrodach Narodowych, wybudowany w latach 1874 – 1888 według projektu duńskiego architekta Theophila Hansena z inicjatywy greckiego patrioty i filantropa Ewangelisa Zappasa. Wykorzystywany był podczas Igrzysk Olimpijskich w 1896 r. jako hala do walk szermierczych. Obecnie mieści się tam Centrum Wystawowo – Kongresowe.

Nareszcie tramwaj i powrót na jacht. Dobrze, że nie musimy wracać pieszo, to jakieś 2 godziny. Jedziemy zmęczeni, ale zadowoleni. Na stacji zakupy, przed nami wręczenie dyplomów i ostatnia nasza impreza. Niestety na wręczeniu certyfikatów nie zrobiliśmy żadnego zdjęcia. To z emocji, jak przypuszczam. Kapitan gratuluje uczestnikom, a my mamy dla niego prezent, czym jest widocznie zaskoczony. W długie zimowe wieczory, pijąc herbatę w pięknej filiżance, będzie opowiadał rodzinie o zwariowanej ekipie z Gościcina. Takich jak my ze świecą szukać. Tymczasem kapitan snuje morskie opowieści, między innymi o przemiłych Australijczykach.

28.05.2016 – 8 dzień rejsu – niestety ostatni

Śniadanie w biegu, każdy je na stojąco. Jesteśmy spakowani i przygotowani do wyjścia. Wspólne zdjęcie na jachcie i w drogę.

Jest 08.45 – przenosimy się do pobliskiej kafejki na kawę. Czekamy na Arka, który z kolei czeka na przedstawiciela armatora i nurka. Zdaje jacht. Transfer na lotnisko mamy o 14.00.

Wybieramy się ponownie na Akropol, tym razem sami. Kapitan zostaje by przypilnować naszych bagaży.

Automaty nadal nie działają, kupujemy więc bilety w kiosku na sąsiedniej stacji. Miła pani motorniczy poczekała, aż Sonia dokona zakupu. Wysiadamy na Zappio, jest bliżej na Akropol.

Upał nie do wytrzymania.

Malowniczymi uliczkami docieramy do Plaki. Szybko z Sonią biegniemy po bilety, by jeszcze szybciej wrócić. Kasa u góry zamknięta. Stoimy w kilometrowej kolejce gdzieś na dole. Zgroza, bilety po 20 euro, no ale być i nie zobaczyć? Wchodzimy pod górkę, mijając Teatr Dionizosa, zbudowany w połowie VI w. p.n.e.. Swoje sztuki wystawiali w nim Ajschylos, Sofokles, Eurypides. Przechodzimy także obok Odeonu, w którym współcześnie odbywają się koncerty w ramach Festiwalu Ateńskiego. Występowali tu, między innymi, Luciano Pavarotti, Placido Domingo, Maria Callas, Zbigniew Preisner. Poza koncertami Odeon jest zamknięty – oglądamy go zza krat.

Na początku witają nas PROPYLEJE. Taki przedsionek prowadzący zwykle do wielkiej Świątyni. Ateńskie są najbardziej popularne. Stanowią wejście na Akropol. Ich budowę rozpoczęto w 437 r. p.n.e. i przerwano po pięciu latach. Wniósł je Mnesikles, w porządku doryckim, z marmuru. Część główna budynku miała dwie bramy, poprzeczną ścianę z pięcioma przejściami oraz dwa skrzydła. Fasady budynku głównego miały po sześć kolumn. Do wejścia prowadziły schody, prawdopodobnie te, na których robimy sobie zdjęcie. Mimo, że budowla była niedokończona, stała się wzorcem dla podobnych konstrukcji.

Dalej mamy stosunkowo dobrze zachowane budynki ERECHTEJONU, to świątynia poświęcona Posejdonowi i Atenie. Świątynię wzniesiono na cześć Erechteusza, jednego z pierwszych władców ateńskich. Krąży również legenda o powstaniu Erechtejonu, która jest także legendą o wybraniu nazwy miasta. Gdy Ateny nie były jeszcze rozwinięte, Posejdon i Atena prowadzili spór, kto będzie opiekunem miasta. Problem mieli rozstrzygnąć mieszkańcy, którzy mieli zadecydować czyj dar był cenniejszy. Posejdon uderzył swoim trójzębem w skalę, z której wytrysnęło słone źródło. Atena podarowała oliwkę, którą mieszkańcy uznali za cenniejszy dar niż woda. I stąd Ateny, a nie Posejdony.

Mimo, że się rozdzielamy, podążamy w to samo miejsce. Najbardziej znane na świecie, z widokówek zakładek. Robimy zdjęcia, kręcimy filmiki. Zatrzymujemy się, aby podumać.

PARTENON, to jeden z centralnie położonych budynków i najlepiej zachowanych. Jego budowę rozpoczęto w 447 r. p.n.e., a zakończono w 432 r. podobno przy wykonywaniu elementów rzeźbiarskich pracował sam Fidiasz.

Jak Gosia zauważyła, ten cały Akropol ciągle w remoncie. Same dźwigi i rusztowania. Nawet porządnego zdjęcia nie można zrobić, bo na dokładkę pełno ludzi. Niedogodności rekompensują piękne widoki panoramy miasta, która rozpościera się we wszystkich kierunkach.

Akropol jest codziennie odwiedzany przez miliony turystów. Pięknie oświetlony o zmroku, co widzieliśmy wczoraj, stanowi charakterystyczny i najbardziej rozpoznawalny punkt Aten.

Dwie godziny mijają jakby ktoś machnął zaczarowaną różdżką. Jeszcze spotkanie z żółwiem. Sonia nie przepuści żadnemu zwierzęciu. Powolutku zmierzamy do tramwaju. W milczeniu, w zatłoczonym pojeździe, docieramy do knajpki, w której czeka Arek.

Kawka i soczki na rozchodniaka i podjeżdża transfer na lotnisko.

Wylatujemy do Modlina, żegnając cudowną Grecję. Zmęczone, ale zadowolone towarzystwo, nawet bez zbytniego stresu, udaje się do odprawy paszportowej. Bagaż nadany, my też. Lecimy do domu. Taki tydzień był w sam raz.

Tym razem dziewczyny wiedzą, co je czeka. Iwona jakby już się nie bała. Siedzimy wszyscy razem, nie czuję się więc osamotniona. Sonia mnie zagaduje, nawet nie wiem kiedy startujemy. Panowie zasypiają snem sprawiedliwych. Gosia trochę zasmucona końcem wyprawy. Za około trzy godziny Polska.

Lądujemy. Pożegnanie z kapitanem, uściski, całuski, ostatnie rozmowy. Przed nim powrót samochodem w okolice Wrocławia. Nie zazdroszczę.

My zostajemy na lotnisku, przed nami jeszcze lot do Gdańska. Nawet mnie to nie przeraża, byle szybko do rodziny. W znajomej nam knajpce nie ma, niestety, zupy dnia. Jemy więc frytki na cześć kapitana. Kolejna odprawa i…. lecimy. Po drodze turbulencje, więc siedzę w pasach. Jest mi wszystko jedno. To tylko 35 minut. Nawet patrzę przez okno. Ja? Cóż za zmiana.

Gdańsk – moje rodzinne miasto, uwielbiam je. Czeka tam na mnie mój ukochany mąż, który zabierze naszą ekipę: Małgosię, Sonię, Grzesia i mnie do domu. Opowiadamy na wyścigi, co robiliśmy, byle zdążyć w godzinę. W końcu wykopujemy Grzesia w Bolszewie. Mamy 10 minut do celu. W końcu moje własne łóżko. Bez Małgosi, ha,ha.  

        Iść za marzeniem i znowu iść za marzeniem, i tak zawsze aż do końca. I się spełniło.

WRÓCIMY TU, NA PEWNO
KONIEC I BOMBA, KTO NIE PRZECZYTAŁ TEN TRĄBA
21 – 28.05.2016 r.

Autorka: Justyna Piekut – Rychert