Termin: 15-22.07.2017
Jednostka: Lagoon 400
Ilość uczestników: 10 osób

Wakacje w raju, czyli Korfu pod żaglami!

Korfu, to wyspa inna, niż wszystkie wyspy greckie czy chorwackie, które przyszło mi zwiedzać do tej pory. Zielona, kwitnąca, kolorytem i barwami znacznie różni się od „suchych koleżanek” tego rejonu. Jeśli dodamy do tego fantastyczne klify, puste zatoczki z turkusową wodą i rzecz jasna ciepłe morze – to letni raj mamy zagwarantowany. W tym roku, bardziej niż zwykle było nam żal, że rejs trwa tylko tydzień…

ZAŁOGA:

Kapitan – Arek M.

Viola M. – niestety nie wiem, jaką funkcję wyznaczył Arek małżonce, ale jakby co to mogę się obrazić również za nią.

I oficer – Maciek P.

II oficer – Kasia P. (niby taki światły kapitan, a o słowie PARYTET jakoś nie słyszał).

III oficer – Marek P.

Załoga – Magda P. żona Marka (ta sama kwestia nieznajomości obcych słów, co w przypadku powyżej).

Załoga nieletnia: Marta, Franek, Dagmara i Janek. Wszyscy na P. ale z różnych rodów.

INTRO

Tuż przed północą wylądowaliśmy na Korfu. Zaraz po opuszczeniu samolotu uderzyliśmy głowami, ciałami i zmysłami w ścianę gorąca. Dosłownie. Pomyślałam sobie – jest źle. Jeśli o tej porze ciężko jest wytrzymać, to co będzie działo się dalej. Tymczasem w marinie czekał już na nas Admirał von Malytzky. Jakże było miło znów się zobaczyć tym bardziej, że mimo późnej pory na stole pojawiła się tradycyjna polska gościnność. No może nie tradycyjna – bo chleba nie było, a gościnność na myszach i z colą. Ale po całodniowej podróży była to niemal ambrozja. Przynajmniej pierwsza kolejka…

Dzień I

Sobotni poranek przywitał nas żarem z nieba. Ciuchy zdawały się stapiać ze skórą, a zbawienny efekt prysznica znikał po zakręceniu kranu z wodą. Tu muszę zaznaczyć, że Marina Gouvia, w przeciwieństwie do wielu innych marin greckich ma bardzo czyste i nowoczesne łazienki. Ad rem. o 14.00, jako świetnie zorganizowana załoga mieliśmy odebrany jacht, zakupy załadowane do szafek/lodówek/zamrażalników. Spokojni, ze sporym zapasem niezbędników w postaci wina, fety, pomidorów i oliwy, zgodnie z pieśnią „hej ruszajmy w rejs” – wystartowaliśmy. Wbrew pesymistycznym zapowiedziom Kapitana, że nie będzie wiało, że za słabo wieje, że coś tam coś tam, udało nam się postawić żagle i przyzwoicie pożeglować. Na pierwszy nocleg wybraliśmy spokojną zatokę. O dziwo banda nieletnich oderwała się od smartfonów i raczyła wejść do wody. Co więcej, powiedzieli, że nawet fajnie. Nieposiadającym nieletnich nastoletnich pragnę wytłumaczyć, że to komplement wyższego rzędu.

Dzień II

Kolejny dzień przywitał nas lekko zachmurzonym niebem. Zmieniało to komfort funkcjonowania o tyle, że zamiast prażącego słońca było po prostu gorąco. Jak w piekarniku, tylko z wyłączoną opcją grill. Nasz dzielny kat obrał kierunek na groty ukryte w klifach południowego Korfu. Większa część załogi w postaci 3/4 nieletnich i 3/4 rodziców udała się na eksplorację pontonem. Jeden nieletni w obawie przed pontonem/falami i nie wiadomo czym jeszcze pozostał na pokładzie. Grota okazała się fantastyczna, a własny środek transportu plus zestawy do nurkowania dały nieograniczone możliwości odkrywania, niedostępne dla innych turystów. Ekipie udało się nawet znaleźć drugą część groty, do której dostać się można było jedynie drogą podwodną. Zachęcony opowieściami Kapitan dołączył do grona grotonurków, zostawiając na pokładzie dwie kobiety i pogrążonego w rozpaczy nieletniego. W rozpaczy, gdyż nieletni nie wiedział, która śmierć gorsza – czy ponton, czy pozostanie na kacie z płcią piękną. Nic, że opatentowaną i wyszkoloną 🙂 Gdy wszystko zostało już obejrzane, trzeba było obrać kurs na wieczorny postój. Na pełnych żaglach pofrunęliśmy do zatoki Mongonissi. Po drodze, jak na zamówienie spotkaliśmy spore stado delfinów, które ku uciesze załogi postanowiły się z nami pobawić. Zastosowaliśmy zatem schemat delfiny-dzida, skręt, delfiny-dzida, skręt. Nawet Strachliwy wybrał się na siatkę, by się im przyjrzeć. W drodze powrotnej na rufę poprosił cichaczem Kapitana, by ten wrócił za ster, bo cytuję: „Jak mama prowadzi, to ja się jednak boję.” I pomyśleć, że człowiek własną piersią toto wyhodował.

Dzień III

Po wieczornym deszczu nastał klasyczny piękny poranek z opcją piekarnik z grillem. Tego dnia w planach mieliśmy odkrytą wcześniej zatokę w kolorycie iście karaibskim. Relaks w pełni – w zatoce poza nami stał jeszcze jeden jacht. Woda krystaliczna, ciepła jak zupa z niedzielnego obiadu. Dzieciaki wraz z jednym ojcem, który cierpi na ciężką postać schorzenia „nie usiedzę, jak czegoś nie zrobię” wybrały się na zwiedzanie linii brzegowej i okolicznych mniejszych zatoczek. Reszta w pełnym spokoju korzystała z uroków mini raju. Było bosko, a w bonusie, na koniec nasz dzielny Kapitan okazał się bohaterem swojej załogi, wyławiając z 6 metrów „rozwiązłą” kamerą GoPro. Schronienia na kolejny wieczór udzieliło nam miasteczko Gaios. Urocze, klimatyczne choć bardziej w stylu weneckim niż greckim. Dzieciaki doczekały się upragnionych gyrosów, po czym z kieszonkowym na lody i przykazaniem pilnowania dobytku pozostały na jachcie. A dorośli w spokoju wyruszyli na wieczorną ucztę w knajpie…

Dzień IV i V

Od rana trwał rwetes. Skutery, wrzaski i inne tego typu atrakcje charakterystyczne dla nadmorskich miasteczek. Zdecydowanie bardziej wolimy dzikość i spokój zatok. W związku z powyższym po uzupełnieniu zapasów wyruszyliśmy w drogę. Małoletni pozbawieni w celach terapeutycznych telefonów, przyjęli strategię jęczenia i mękolenia. Źle trafili. Dzielna, dorosła załoga, wzmocniona środkami relaksującymi udawała głuchą i nieczułą. Nie mniej jednak z przyjemnością stanęliśmy w zatoce Lakka, by z błogim relaksem opuścić pokład i zanurzyć się w turkusowej wodzie. Miejscówka tak nam się spodobała, że zostaliśmy tam cały kolejny dzień. Młodzieży zapewniliśmy atrakcje w postaci wyławiania butelek, puszek i słoików, własnoręcznie, czy raczej osobiście wcześniej opróżnionych. Nieletni Strachliwy postanowił w międzyczasie opanować ponton i przy pomocy chuderlawych ramionek opływał samodzielnie zatoczkę. Nieletni nieco starszy trwał niestety w proteście nie wychodząc spod pokładu cały dzień. Na szczęście środków relaksacyjnych dla dorosłych było ci u nas dostatek.

Dzień VI

Lenistwo, nawet błogie nie może trwać wiecznie. Czas nam było opuścić malowniczą Lakkę i udać się w dalszą drogę. Wcześniej jednak wykonaliśmy zupełnie udane podejście do miejscowej kei, celem zatankowania wody. Kapitan na wszelki wypadek ubrał brązowe kąpielówki, bo sonar przy brzegu pokazywał 1,2 głębokości pod katem…. Wiatr, żeglarzom sprzyja, więc wystroiwszy jacht w białe sukienki pomknęliśmy w stronę stałego lądu. Powiało, powiało i zdechło, w związku z czym, z powrotem staliśmy się łodzią motorową. Miejscem docelowym była Plataria. Spokojna przystań, z kilkoma knajpami dookoła i kamienistą plażą. Zakątek spokojny, choć po prawdzie niczego nie urywał…

Dzień VII

I niestety ostatni. Wiatru jak na lekarstwo, aura pt. piekarnik z opcją podwójny grill – w takich warunkach przyszło nam wracać do macierzystego portu. Po drodze szybkie tankowanie i zostało nam jeszcze sporo czasu na ostatnie pluski w wodzie. Na hasło – „Kto nie w wodzie ten jest z …” (tu padła nazwa partii z trzyliterowym skrótem na P), w wodzie znalazła się niemal cała załoga. Nawet Viola zamoczyła stopy… W marinie stawiliśmy się o 16:30. Szybka kąpiel, czułe pożegnanie i parę minut po 17 taksówka wiozła nas już na lotnisko. Serce krajało się z żalu. Na szczęście kolejny rejs już we wrześniu.

Kończąc opowieść mogę powiedzieć tylko tyle, że za rok wracamy na dalszą eksplorację Morza Jońskiego. To piękny akwen i fantastyczne warunki do spokojnej żeglugi z nieletnimi. Spokojnej w sensie morza, bo z dziećmi to wiadomo… Poza tym, rok to dość czasu by wybaczyć skipperowi II oficera… Chyba wystarczająco…